
Zapowiadałam czytelniczy maraton tropem lektur nominowanych do tegorocznej edycji Nagrody Nike. Oto moi pierwsi ochotnicy.
Sylwia Chutnik, W krainie czarów
Sylwia Chutnik to jedna z moich ulubionych polskich pisarek – doskonale posługuje się ironią, żonglując nią zręcznie nawet w niezręcznych tematach, a warsztatu językowego mogliby pozazdrościć jej bardziej uznani autorzy. Ufnie sięgnęłam zatem po jej najnowsze dzieło.
W krainie czarów to zbiór 11 krótkich opowiadań, z których część, jako pierwowzór była już drukowana w antologiach. Myślałam, że lubię opowiadania, ale okazało się, że jednak nie do końca: kiedy już poznam głównego bohatera, zdążę się z nim zaprzyjaźnić oraz namacalnie współodczuwać jego emocje, nagle bach – opowiadanie dobiega końca i przewracając kartkę trzeba się zresetować totalnie, kiedy ja tu jeszcze żyję życiem poprzednich bohaterów. Bez sensu.
Wracając do meritum: zbiór opowiadań Chutnik nie położył mnie na kolana. Zresztą po Kieszonkowym atlasie kobiet (toż to książka ideał) mam bardzo wygórowane oczekiwania wobec autorki, których do tej pory nie udało się zaspokoić. W krainie czarów to twór niejednorodny. Jedne historie chwytają za serce i oczodoły, inne totalnie rozczarowują. Jest tu trochę o losie, niespełnionych nadziejach, szarej rzeczywistości, wartości kobiety i o powstaniu (no właśnie Pani Sylwio, znowu to powstanie!). Najlepsze wg mnie opowiadania, to: Bożena z Poznańskiej, Wszystko zależy od pani i Niewinne Czarodziejki (wyborny erotyk). To nie są teksty ku pokrzepieniu serc, ani różowe historyjki z happy endem. I choć pod względem językowym ten zbiór to absolutny mistrzunio, całości brakuje jednak tytułowego czaru.
Bożena z Poznańskiej (fragment)
„(…) Sama zresztą, co tu dużo gadać, kłamałam przez wiele lat, jak mnie kto znajomy pytał o zawód. Barmanka, mówiłam, kelnerka. Albo bez branży, na przykład handel prywatny. Tak właśnie, prywatna inicjatywa dotycząca rozporządzania własnym, osobistym ciałem. Jak kto był namolny, upierdliwy i drążył, czym handluję, to mówiłam: mięsem. Bo to prawda przecież (…)”
Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz, Pupilla
Kojarzycie te długie, nudne teksty ze studiów, naszprycowane słownictwem tak skomplikowanym, że ich lektura zamiast sprawiać przyjemność, staje się katorgą? Jeśli znacie to uczucie znużenia towarzyszące bezmyślnemu przewracaniu kartek strona po stronie, doskonale możecie sobie wyobrazić, co czułam czytając Pupillę. To praca doktorska dotycząca metamorfoz figury drapieżnej dziewczynki w wyobraźni symbolicznej XX wieku, bogata w liczne komentarze naukowe oraz literackie odniesienia. Znajdziemy tu szczegółowe omówienia wybranych postaci kobiecych – pięć wyselekcjonowanych z wylęgarni motyli okazów: Lulu (małoletnia prostytutka z dramatu Franka Wedekinda); Alice Antoinette de Watteville; Lolita (z powieści Nabokova), Lucia (bohaterka filmu Nocny Portier); święta Dolores (z obrazów Jerzego Nowosielskiego).
Z pewnością nie można odmówić autorce wiedzy, ani wnikliwości, z jaką zagłębiła się do szczegółowej penetracji tematu. I choć wątek demonicznej kobiecości, zachwyt nad czystością nastolatek, rzucających czar na swych wielbicieli, może wydawać się dość ciekawym tematem, czyta się to jednak – nie ukrywajmy – bardzo źle. Cierpliwie, przez kilkadziesiąt stron książki czekałam, aż z poczwarki rozwinie się motyl, jednak nic takiego nie nastąpiło. Nie pozostało mi nic innego, jak z poczuciem zrezygnowania opuścić larwarium.
Wioletta Grzegorzewska, Guguły
Opowieść o dorastaniu w czasach PRL-u, na wsi – gdzie rytm dnia wyznacza praca w gospodarstwie, a codzienne zdarzenia przeplatają się tu z wielkimi dramatami. Grzegorzewska stworzyła obraz dzieciństwa, rozczłonkowując go na drobne historyjki i skrawki wspomnień, podając czytelnikowi na tacy wiejski serial w odcinkach. To powiastka o wszystkim tym, z czym wiąże się dojrzewanie. Trochę tu melancholijnie, trochę trywialnie. Przespacerowałam się z główną bohaterką po polach, niemal czując, jak pod sandałami strzelają nam ślimaki winniczki, zajrzałam wraz z nią do prowincjonalnej szkoły, ale zamiast obiecanej w recenzjach innych autorów magii, na do widzenia poczułam cierpkość – tę samą, która towarzyszy konsumpcji niedojrzałych owoców.
_________
Podczas niekoniecznie owocnej przygody z powyższymi książkami, zrodziła mi się w głowie dość poważna wątpliwość. Otóż: czy uważacie, że jest sens stawiać ze sobą w szranki rozmaite gatunki literackie z pogranicza liryki, epiki i publicystyki? Jak ma się bowiem artystyczny tomik poezji do naukowej rozprawy? Albo poważny reportaż do utkanej ze snów i fantazji fikcji literackiej? Trochę to Nike pachnie mi wyborami Miss World. Oby obeszło się bez kontrowersji, które na krok nie odstępują tego drugiego.

