MY DOG

M. Kwapisz
Pies pomaga pogłębiać relacje międzyludzkie. Gdyby nie on, pewnie do dziś nie znałabym swoich sąsiadów, a tak mam już nawet wrogów.

Spacer z psem jest wspaniałym pretekstem do zagadnięcia innych ludzi, nawiązania fajnych znajomości i poznania innych zwariowanych na punkcie czworonogów osobników właśnie. Właściciele psów to taka jedna wielka kasta, która liczebnie konkurować może jedynie z rodzicielami. Wśród tej grupy społecznej panują niepisane zasady: po minimum trzech spacerach dziennie, po kilku miesiącach wszyscy nawzajem siebie znają i żadna kupa nie jest anonimowa (niektórzy tego nie wiedzą, ale to naprawdę widać, kiedy twój pies defekuje, a ty odchodzisz jak gdyby nigdy nic, bo wydaje ci się, że skoro przysłoniłeś go własnym ciałem, nikt nie zauważył) – to była oda do sąsiada z góry. Marne są szanse, że mnie czyta, ale próbować zawsze można. Wiemy doskonale, z kim lubi się nasz pies, a z kim najchętniej by się pozabijał. Jeśli masz samca, znasz również cykl rozrodczy wszystkich okolicznych suk. Twój pupil o każdej cieczce daje ci dobitnie znać, że to już!

Właścicieli psów możemy podzielić na tych normalnych, którzy w większości przypadków mają wychowane psy i mogą z nimi chodzić bez smyczy, bez obawy, że za chwilę dojdzie do krwawej jatki. Luzacy nie dostają zawału, kiedy stracą psa z pola widzenia, ba, często puszczają go samopas. Z zazdrością patrzę na nich z okna, kiedy swój pierwszy spacer zaliczają o godzinie 10-tej. Są też właściciele psów wystawowych – ich psy poznasz po niegnanej postawie i chodzie (zawsze z lewej strony właściciela). Często zdarza się, że mają hopla na punkcie swoich czempionów i w grę nie wchodzą żadne swawole z innymi psami, by broń boże nie doszło do niechlubnych blizn i złamań. Są też nowobogaccy, którzy przebierają swoje psy w ubrania, szpanują coraz to nowszą obrożą (kamienie Swarovskiego i te sprawy) oraz z wyższością patrzą na całą hołotę, która po łące porusza się w odzieniu uchodzącym za wieśniackie. Na szczęście (i nieszczęście psa) tacy ludzie spacerują najczęściej po czystych trawnikach i nie zapuszczają się w dzikie otchłanie łąki. Raz na jakiś czas zdarzają się nowi, którzy właśnie się przeprowadzili i dziarsko ruszają na swój pierwszy spacer. Oni jeszcze nie wiedzą, że wchodzą właśnie w strefę śmierci, kiedy na łące grasuje nielubiany przez wszystkich, agresywny dog niemiecki. Nie zdają sobie również sprawy, że czeka ich wymierzona za plecami seria nienawistnych gestów, kiedy przyjdą tu ze swoimi nawykami niesprzątania po psie. Są jeszcze właścicielki – matki (to nie tylko kobiety, ale na potrzeby tego tekstu będę posługiwać się rodzajem żeńskim).Matki mają kota na punkcie swoich psów. Są nadgorliwe (synu, szybciutko, bo się przeziębisz), a neologizmów oraz zdrobnień od imienia psa w ciągu całego jego życia wymyślą tyle, że Miodek czy inny Bralczyk mógłby poczuć się zawstydzony. Matka drga cała z nerwów, kiedy jej podopieczny postanawia wdać się w bójkę na pięści z dwukrotnie większym od siebie zawodnikiem. Zawodzi oraz czuje ukłucie zazdrości, kiedy syn wypuści się za suką (matka jest tylko jedna, jak mantrę powtarza w myślach). Matka z każdych zakupów przynosi swojemu dziecku arsenał maskotek i zabawek,  a asortyment działu dziecięcego w Ikei zna jak własną kieszeń. Matka dostaje spazmów, kiedy jej pupil zachoruje. Wtedy i ona bierze L4, by być bliżej syna. Matka w oczach innych jest ześwirowaną świruską, której inni każą sobie zrobić dziecko, by przenieść nadmiar instynktu na gatunek ludzki. A matka nie chce. Matka czuje, że jest lekko pierdolnięta na punkcie czworonoga, ale uważa, że to jej życiowa misja.

A Wy? Do której grupy się zaliczacie?

Jeśli spodobał Wam się ten tekst, możecie zerknąć również na te, utrzymane w podobnym tonie wpisy: Jak dobrać psa do swojej stylizacji, What about me.