Prokrastynacja to takie eleganckie określenie tendencji, którą normalny człowiek kwituje stwierdzeniem ojapierdolę, jak mi się nie chce. Znasz to, prawda? To ten moment, kiedy wypadałoby zrobić coś teraz, zaraz, już, natychmiast a ciebie na samą myśl ogarnia senność, zniechęcenie i ogólna sromota, więc przekładasz na potem. Później to takie pojemne słowo, w którym zawiera się okres 15 minut, 15 godzin lub 15 lat (okej, trochę zaszalałam). A jutro to według tego obrazka taki mistyczny kraj, w którym przechowywane jest 99% produktywności i motywacji całej ludzkości.
Moje sposoby, aby się zmotywować do działania:
– kiedy tylko pomyślę, że czegoś mi się nie chce, wstaję i robię to. Zanim na dobre rozbudzę w sobie niechęć, jestem już w połowie danej czynności, więc nie opłaca mi się rezygnować. Sprawdzone. Działa! ✓
– powtarzam sobie w myślach, że lenistwo to domena ludzi słabych. Nie muszę robić tego dwa razy.
– czytam motywujące książki/teksty/blogi i doprowadzam siebie do tego stanu, w którym jutro z przyjemnością zmieniam na teraz
– staram się nie szukać wymówek, by czegoś nie zrobić (bo światło było za słabe, bo nie mam potrzebnych materiałów, bo nie jestem gotowa (ok, to zabrzmiało jak obawa przed pierwszym razem), bo nie mam dziś weny, bo nie teraz, bo boli mnie głowa (znowu ten podtekst :) Nigdy nie ma sytuacji idealnej. Zamiast tego szukam pozytywnych rozwiązań. Done is better than perfect.
– kiedy naprawdę nie mam na nic ochoty, robię sobie przerwę, rzucam wszystko w cholerę i idę z psem na spacer, czytam kilka stron dobrej książki, oglądam serial. Jednym słowem: relaksuję się, by z czystym umysłem ruszyć przed siebie.
– w ciągu dnia w pierwszej kolejności staram się wykonać najtrudniejsze zadania (czyt. telefon do ZUS-u lub Urzędu Skarbowego, wizyta na poczcie, odpowiedzi na zawiłe maile, negocjacje z klientami itd.). Odwlekanie ich naprawdę nie sprawi, że nagle zaczną być przyjemniejsze, za to szybkie pozbycie się ich z planu, pozwoli cieszyć się resztą dnia. Małe prywatne zwycięstwo to zawsze +100 do radości.
– nagradzam się za pracę. Trudny i nudny do zrzygania projekt realizuje się znacznie milej, kiedy wiesz, że na finiszu czeka zapłata. Czasami jako motywator wystarczy milka z orzechami, a czasami bilet lotniczy.
– nie zniechęcam się niepowodzeniami. Każda trudna sytuacja w życiu osobistym czy zawodowym kształtuje nasz charakter. Biorę, co mnie spotyka na klatę i jadę dalej.
– robię coś, nawet jeśli boję się porażki/odrzucenia. Niezdecydowanie kosztuje czasami więcej niż podjęcie złej decyzji.
A jeśli już naprawdę nic mi nie pomaga, przypominam sobie słowa R.Vadena: Jeśli nie przechodzisz do akcji, jesteś tylko żałosną przystanią niewykorzystanego potencjału. No takiego pojazdu to ja nie zniesę, więc zadzieram kiecę i lecę!
Wasz kołcz, Venila.
Dajcie znać, jak Wy radzicie sobie z tym paskudztwem.
