Autobus. Jedziesz nim ty, jadę ja, jadą dresy, starsze panie i jeszcze młodzież szkolna. I jadą smrody. Smrody pojawiają się nie wiadomo kiedy i skąd. Nieważne jednak, na którym przystanku wsiądą, jedno jest pewne: z góry znane jest miejsce, które zajmą. Wchodzi taki jeden do mpk, lustruje pasażerów wzrokiem i już wiesz, gdzie usiądzie. Widzisz na przystanku żula i masz już niemal 100% pewności, w którym miejscu się usadowi. Oczywiście obok mnie. Choć bardzo nie chcę, jestem magnesem na otaczające anomalia: patoli i mentali. I smrodów. Zawsze, ale to zawsze dosiadają się właśnie do mnie.
Piszę to wszystko, bo dwa dni temu obiecałam sobie, że przez najbliższe dwa tygodnie będę jeździć do pracy autobusem, a nie autem. Dwa dni i wyższa niż zazwyczaj temperatura wystarczyły, by przypomnieć sobie, że ludzie się nie myją i śmierdzą, cuchną i spieprzają podróż innym pasażerom. Po dwóch dniach heroicznego postanowienia, że będę wozić się transportem masowym wymiękłam, bo mam dosyć przyklejania głowy do szyby, w ucieczce od swądu, dość zdrapywania skórek przy paznokciach z nerwów – czy aby na pewno te mikrocząsteczki i granulaty smrodu nie wsiąkają właśnie we włókna mojego płaszcza i zastanawiania się czy już świruję, czy to swędzenie to rój pcheł, wesz i roztoczy. Uciekam, uciekam z torebką przy klatce piersiowej. Uciekam, zanim przetłuszczą mi się włosy, uciekam, zanim przepoci mi się bluzka, uciekam, zanim ktokolwiek zdąży otworzyć do mnie usta. Lepiej być piękną i bogatą. Uciekam.
*W tekście wykorzystałam cytat z książki M.Gretkowskiej oraz A.Drotkiewicz.
fot. Paweł
sukienka: zara, kurtka: levi’s, buty: diverse
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)