Couchsurfing

Kilka razy pytaliście mnie o to czy polecam couchsurfing, czy uważam, że jest bezpieczny itd. Odpowiem Wam, przedstawiając swoją historię.

Pierwsza okazja do couchsurfingu nadarzyła się w czerwcu 2009 roku, kiedy wraz z Pawłem wybraliśmy się do Szczecina na koncert Limp Bizkit. Już same bilety i podróż nadwyrężyły nasz studencki budżet dosyć poważnie, więc postanowiliśmy zaoszczędzić na noclegach. Nie będę tu teraz zmyślać i pisać o idei couchsurfingu, bo wtedy traktowaliśmy couchsurfing jako formę bezpłatnego noclegu. Na początku było trochę sztywno i niezręcznie spędzać wieczór z całkowicie obcą osobą, ale po kilku godzinach rozmów, atmosfera znacznie rozluźniła się, a my z uśmiechem wspominamy do tej pory szalone opowieści Doroty.

Kolejnym momentem do skorzystania z couchsurfingu była podróż do Włoch (dodawałam relację tu i tu). W Bolonii spędziliśmy dwie noce u Argentynki Danieli. Daniela mieszkała przy samym Piazza Maggiore, a więc przy głównym placu w mieście, na śniadanie jadła (celowo używam tego czasownika) espresso i papierosa, a wieczorami popijała ze znajomymi wino.Po raz pierwszy też zrozumieliśmy, że couchsurfing to coś więcej, niż darmowe wakacje, to przede wszystkim możliwość poznania stylu bycia danej narodowości i przez kilka dni życie zgodnie z ich przyzwyczajeniami. 

Po Bolonii udaliśmy się do Maranello, mekki Ferrari, skąd odebrała nas Francesca. Na jeden dzień wyjechaliśmy sobie na włoską wieś, rozkoszując się widokami i nieocenionym, miejscowym przewodnikiem, dzięki któremu odwiedziliśmy miejsca niekoniecznie turystyczne. Koniec naszej podróży po regionie Emiglia-Romania to krótkie wakacje w Rimini u dwójki staruszków-hippisów: Vilmy i Prady. Oboje mieli mocno ponad 60-lat, ona pochodziła z Włoch, on z Brazylii i byli mega-inspirującą parą. Jeździli na motorze, a wieczorami czytali sobie książki leżąc na hamaku. Ich luzackie podejście do życia było widać szczególnie po ilości przeterminowanych produktów w lodówce :)
Francesca
Vilma&Prada

Kolejną przygodą była już podróż dookoła świata. W Nowym Jorku dwie noce spędziliśmy u Sunithy i Naveena, małżeństwa z Indii. Ta urocza para doskonale odzwierciedlała maksymę 'american dream’. Ona pracowała na ważnym stanowisku w DKNY, on zajmował kierowniczą pozycję w firmie technologicznej. Mieszkali obok Penn Station, centralnie nad sklepem B&H. Nauczyli mnie przede wszystkim pozytywnego podejścia do życia. Na pożegnanie przyrządziliśmy im naleśniki. Może wyda się Wam to banalne, ale takich typowych naleśników, jakie robimy w Polsce nie jedli, bo na co dzień zajadają się amerykańskimi pancakesami.
Sunitha
Los Angeles przynosi znajomość z Ryanem (pisałam o tym tutaj) oraz Lauren. Lauren to typowa, bogata Amerykanka. Mieszkała w jednym z bardziej ekskluzywnych apartamentów w Downtown, studiowała projektowanie obuwia i krótko mówiąc nieźle bawiła się za pieniądze swoich rodziców. Pomimo wspólnych zainteresowań, chyba nie przypadłyśmy sobie do gustu. Jej życiowym celem były codzienne imprezy, po których musiała zażywać tonę ibuprofenów (jeśli byliście w Stanach, wiecie, że tam wszystko jest dwa raz większe – opakowania z lekami również), by móc zwlec się z łózka o godzinie 15. Domyślam się, że za cholerę nie wiedziała, gdzie leży Polska, ale dzielnie z nami dyskutowała o tej części globu :)
Ryan
Lauren
Kolejny raz couchsurfing spędzamy w Nowej Zelandii u Frances. Kobieta ma ok. 60 lat, jest malarką i instruktorką jogi. Oprócz niej uroczy, drewniany domek zamieszkuje pies Paddy i kot Vincent. Frances to bardzo inteligentna kobieta – orientowała się w sytuacji gospodarczej i politycznej w naszym kraju, nie kryjąc zresztą, że jesteśmy pośmiewiskiem dla świata (byliśmy u niej kilka miesięcy po katastrofie w Smoleńsku). Prowadziła tryb życia bardzo przyjazny środowisku. Wszelkie resztki jedzenia przeznaczała na kompost, segregowała śmieci itd. Jak sama mówiła, wszyscy mieszkańcy NZ są dumni ze swojego kraju i dbają o niego z należytym szacunkiem. Chyba wyobrażacie sobie nasze zdziwienie, kiedy siedząc w nocy na Internecie, nagle przestał nam działać. Okazało się, że dosłownie wszyscy sąsiedzi, wyłączyli na noc routery. 
Frances
Postój w Singapurze pozwala nam poznać uroczą Chinkę Minmin, która zamieszkuje niezwykle klimatyczny i luksusowy apartament z basenem, jest niesamowicie sympatyczna i prowadzi z nami konwersacje do wczesnych godzin rannych, choć następnego dnia cały dzień spędzi w szkole. Opowiada nam o swojej rodzinie, która mieszka w Malezji, o obyczajach w jej kraju, standardzie życia itd. Wyjeżdżamy od niej z myślą, że była jedną z ciekawszych osób, jakie do tej pory spotkaliśmy. W Singapurze spędzamy jeszcze jedną noc u May, która z kolei pochodzi z Birmy. Jej mieszkanie znacznie różni się od domu Minmin. Panują tu raczej dosyć skromne warunki i zasady podyktowane przez religię. Okazuje się, że dziewczyny i chłopcy śpią w osobnych pokojach, toteż zostajemy z Pawłem rozdzieleni. Ja śpię w pokoju z May oraz Becky (Brytyjka, która również jest w podróży dookoła świata). Rano spotyka nas niespodzianka, otóż o godzinie 4, kiedy cicho zbieramy się na lotnisko, wstaje cała rodzina May, żeby nas pożegnać. Jej mama częstuje nas jeszcze mlekiem, ale dziękujemy i uciekamy. W momencie, kiedy orientujemy się, jak luksusowe jest lotnisko Changi Singapore, żałujemy, że nocy nie spędziliśmy jednak tam.
Minmin
May

Wracając do Wrocławia nie zapominamy o przyjemności, jaką daje poznawanie ludzi przez couchsurfing. Zorganizowaliśmy zatem w domu Sylwester, zapraszając całkiem obcych ludzi z forum :) Przyszedł m.in. mieszkający we Wrocławiu Andy z Korei oraz Mathias z Austrii. Każdy przyniósł przyrządzone przez siebie danie i muszę wam przyznać, że był to zdecydowanie jeden z lepszych Sylwestrów, jakie miałam okazję spędzić do tej pory.

Kończąc mój długi wywód, przedstawię Wam jeszcze Larissę, która spędziła u nas kilka dni w czerwcu tamtego roku. Larissa jest Amerykanką, ale pewnego dnia stwierdziła, że życie w Californii ją nudzi i zaczęła podróżować po świecie. Mieszkała w Nowym Jorku, Londynie, Szwecji, a do nas zawitała w połowie przeprowadzki na Ukrainę. Spędziliśmy wspólnie cudowne dni, pokazując jej Wrocław, degustując polskie jedzenie, a nasza znajomość trwa do dziś, prawdopodobnie niedługo spotkamy się w Pradze. Uwielbiam tę dziewczynę, pewnie również się w niej zakochacie, podczytując jej blog „Solo Female” o podróżowaniu w pojedynkę. 
Larissa

Wnioski czy warto korzystać z couchsurfingu, wyciągnijcie sami. Ale uwaga, to grozi uzależnieniem – jeśli raz spróbujecie, prawdopodobnie nie będziecie potrafili już inaczej podróżować.