Zapowiadałam kilka postów wcześniej o zmianie profilu bloga. W związku z tą rewolucją nadszedł czas na pierwszą recenzję książki.
Książkę „Zła matka” dostałam chwilę przed polską premierą, czyli w okolicach maja, a fakt, że sięgnęłam po nią dopiero kilka dni temu nie wróżył jej nic dobrego. Zazwyczaj jest tak, że z dobrą książką spędzam jeden wieczór/noc lub weekend. Ze słabszymi idzie mi gorzej. Albo po kilku stronach rzucam je w kąt, albo odnajduję w sobie resztki wrażliwości i daję im drugą szansę. Tak właśnie było przy tej lekturze. Podchodziłam do niej ze dwa razy, aż w końcu udało mi się doczytać do końca. I sama nie wiem czy było warto.
Gdybym w jednym zdaniu miała streścić tę książkę, stwierdziłabym, że jest to opowieść o niebezpieczeństwach i radościach towarzyszących próbie bycia przyzwoitą matką. Na wstępie pragnę również zaznaczyć, że książkę interpretuję jako nie-matka (chyba, że szczeniaka podciągniemy pod dziecko), co może mieć istotny wpływ na odbiór zawartej w niej treści.
Ayelet Waldman, autorka książki w autoironiczny, zdystansowany sposób przez ponad 230 stron powieści usiłuje opowiedzieć, dlaczego po wystąpieniu u Oprah Winfrey została zlinczowana przez wydział ścigania złych matek. A wszystko z powodu jednego zdania. Otóż Ayelet wyznała, że bardziej kocha męża, niż swoje dzieci. To stwierdzenie, zaraz po aborcji zostało uznane za największe matczyne przestępstwo, a kartoteka jej występków od tej pory miała się już tylko zapełniać.
Zła matka woli realizować swoje pasje, niż spędzać czas w piaskownicy. Zła matka nie jest ekspertem od wychowywania. I często się myli. Zła matka nie boi się szczerych wyznań i reakcji ludzi, kiedy stwierdza, że czas spędzony z niemowlęciem emocjonalnie dorównuje przejeżdżaniu sobie samochodem po czaszce. Zła matka ma ochotę rzucić czasami wszystko i włożyć głowę do piekarnika. Uciec. I już nie wracać.
Jest tu krótki fragment o dzieciach – kotwicach, tworzonych jedynie po to, by uniknąć problemu deportacji. Jest i o najbardziej szaleńczych matczynych zbrodniach przodujących w kronikach matczynych wykroczeń: historia Wendy Cook, prostytutki z Sratoga Springs przyłapanej przy wciąganiu kokainy z brzuszka swojego dziecka podczas karmienia piersią. Drogie matki, a wy do tej pory zapewne byłyście dumne z tego, że potraficie karmić i czytać jednocześnie, phi! Jest też trochę o ambicjach rodziców. Przeszkadza nam, iż nasze dzieci nie są ponadprzeciętne. Nie wystarcza nam już, że są zdrowe i dobrze sobie radzą. Muszą być wybitne. Nie wystarczy, że są najlepsze w klasie. Powinny stać już w kolejce po Nagrodę Nobla, a przy okazji zaliczyć swoje pierwsze załamanie nerwowe.
Podczas lektury nie mogłam pozbyć się skojarzenia treści książki z jednym z moich ulubionych blogów: F jak Frustratka. Choć pani Waldman może pomarzyć jedynie o warsztacie pisarskim Frustratki, zbieżność poglądów jest dosyć widoczna. Podsumowując: książka jest raczej słaba. Autorka nie mogła zdecydować się chyba do końca na formę, którą chce się posługiwać. Mamy tutaj elementy reportażu, pamiętnika i poradnika, a ironia dosyć często wypada tu po prostu blado. Pani Waldman, nie łykam tego.
