Hachiko tamtego dnia nie doczekał się powrotu swojego pana. Nadal jednak przed przyjazdem popołudniowego pociągu przychodził na stację i wypatrywał profesora. Robił to codziennie, z ufnością znaną tylko zwierzętom, mając nadzieję, że może akurat tego dnia pan po niego wróci.
Hachiko czekał tak przez dziesięć lat.
Swoją obecnością na dworcu wzbudzał zainteresowanie oraz litość mieszkańców, którzy dokarmiali go i opiekowali się nim. Skoncentrowany na jednym, pozostawał jednak obojętny na ich troski. 8 marca 1935 roku na stacji Shibuya znaleziono ciało Hachiko. Pies zmarł na robaczycę serca i płuc. Po śmierci stał się w Japonii legendą: został bohaterem kilku filmów (video powyżej, tutaj znajdziecie oryginalne zdjęcia psa) oraz wielu prasowych artykułów. W Tokio przy jednym z wyjść ze stacji metra Shibuya stoi jego pomnik, a rasę akita w Kraju Kwitnącej Wiśni uznano za historyczny symbol psiej wierności.
Zawsze uważałam, że w posiadaniu zwierząt jest coś niewymownie smutnego. Już nie mówię o tym, że te hodowlane kładziemy sobie na talerzu i zapominamy jak w dzieciństwie nazywaliśmy je swoimi przyjaciółmi. Myślę raczej o rodzaju niepewności, z jaką kupujemy zwierzęta domowe. Jesteśmy w pełni świadomi tego, że bez względu na to, jak świetnie byśmy się nimi nie opiekowali, nie jest im pisane życie wieczne. W historii naszego żywota zapiszą się jedynie jako jeden z wielu epizodów, bo jest nikła szansa, że nas przeżyją. Byłam więc przekonana, że to my – ludzie jesteśmy ofiarami okrutnej niesprawiedliwości – przecież musimy być świadkami zawsze zbyt wczesnej śmierci swoich pupili…
Umrzeć – tego się nie robi kotu – pisała Szymborska.
Dziś wreszcie rozumiem, co miała na myśli.