
Planując tegoroczne wakacje pod uwagę brałam właściwie tylko Włochy – wcześniejsze doświadczenia związane z tym krajem podpowiadały mi, że to odpowiednia destynacja na złapanie chwili oddechu.
Miałam jednak ogromny problem z wyborem konkretnego miejsca, bo i Jezioro Garda, i Como kusiły swoimi atrakcjami, a i przecież Ligurię warto byłoby w końcu zobaczyć. Ostatecznie, po miesiącach wodzenia palcem po mapie postawiłam na Toskanię. Nie żebym była specjalnie romantyczna, ni spragniona pięknych krajobrazów, ale po dość intensywnym okresie motto wsi spokojna, wsi wesoła przyświecało mi jak nigdy.
Za bazę wypadową obraliśmy gospodarstwo turystyczne w niewielkiej wiosce u podnóża miasta Cortona. Wybór tego rodzaju obiektu noclegowego był dla nas dość oczywisty – bratać się z przyrodą i spać w luksusowym hotelu, toż to nie przystoi człowiekowi, myśleliśmy, aczkolwiek po przejrzeniu bogatej oferty szybko przekonaliśmy się, że w przypadku tego regionu agroturystyka ma związane więcej ze SPA, niż z wypasem bydła.
Urlopu wyczekiwałam niczym kwoka wysiadująca jajka. Niby jestem, jak to mówią na swoim, nie chodzę do tradycyjnej pracy, a mimo to różne zawodowe projekty oraz napięty grafik Pawła nie pozwoliły nam urwać się na wakacje wcześniej, niż pod koniec września. Krótki wypad postanowiliśmy przeznaczyć na absolutny relaks, wylegiwanie się do godzin popołudniowych w łóżku oraz czytanie książek. Czego to ja miałam nie zrobić podczas wakacji! Przeczytać milion książek/wyspać się/ogarnąć swoje życie/najeść się pizzy za wszystkie czasy/nie myśleć o pracy/odstresować się/nie korzystać z Internetu. Tymczasem wstawałam w okolicach godziny 8.00 (nie ma dla mnie ratunku), a w dniu przyjazdu męczyła mnie już myśl, że za kilka dni będzie trzeba wracać i zastanawiałam się, czy i tym razem dopadnie mnie depresja popowrotowa, a jeśli tak, jakie będzie nosiła znamiona. Miałam również zastanowić się nad swoją przyszłością, ale nie zdążyłam, tak więc gdybym lada dzień zeszła na psy, to wina za krótkich wakacji, nie moja. Konkludując ten wywód: oczekiwania kontra rzeczywistość w moim wydaniu nigdy się nie pokrywają oraz: odkładanie wszystkich czynności na czas urlopu (bo będzie mi się chciało, bo będę wypoczęta) nie ma sensu. Szczególnie kiedy jedziesz gdzieś na 5 dni.
Z racji lokalizacji naszej casy (z wł. casa – dom) najczęściej odwiedzanym przez nas miasteczkiem była Cortona. Ta urokliwa mieścina założona przez Etrusków, a wypromowana współcześnie przez amerykańską pisarkę Frances Mayes jest kwintesencją Włoch, z tymi swoimi wąskimi uliczkami, uroczymi knajpkami i praniem przecinającym na sznurach niebo. Zachwyca architekturą i atmosferą, a jej niespieszny małomiasteczkowy rytm każe przysiąść na chwilę na charakterystycznych schodach ratusza i najzwyczajniej w świecie po prostu sobie pobyć z własnymi myślami.
Montepulciano i Pienzę odwiedzamy podczas naszej wycieczki krajoznawczej po dolinie Val d’Orcia, którą możecie kojarzyć z toskańskich pocztówek. Do obu miasteczek wiodą kręte i niezwykle malownicze drogi, które wypadałoby przemierzać raczej pieszo – takie mija się widoki! Montepulciano leży na wysokości 605 n.p.m. na wysokim wapiennym urwisku i jeśli pisałam, że to w Cortonie są strome ścieżki – kłamałam. Uliczki przepełnione są tutaj enotekami, w których można zaopatrzyć się m.in. w lokalne wino, z którego słynie ta okolica. Co też uczyniliśmy.
Z kolei z wszystkich odwiedzonych podczas podróży miejsc najbardziej spodobała mi się Pienza – bardzo kameralne, przyjemne miasteczko, w którym co rusz zatrzymywałam się, by z nieukrywanym zachwytem podziwiać skąpane w kwiatach uliczki i fotografować zajęte swoim życiem staruszki. Najmniej dało się tu odczuć napływ turystów, za to najmocniej aromat sera Pecorino.
Nie martwcie się, to nie jedyny wpis z podróży. Zostało mi jeszcze sporo zdjęć i jeszcze więcej przemyśleń. Malownicze pagórki i cyprysy zostawiłam na kolejny raz!

















