Po Ościach zupełnie niechętnie spoglądałam na wypatrującą z witryn księgarni odzianą w subtelną okładkę Sońkę. Na szczęście Karpowicz nie zawiódł mnie i udowodnił, że nie jest pisarzem, który tworzy książki na jedno kopyto.
Choć główną bohaterkę poznajemy w momencie, gdy jej sylwetka coraz niżej ciąży ku ziemi, jej życie właściwie skończyło się już dawno. Sońka, to we wsi ta, co pokochała Niemca. A wieś pamięta i nie wybacza, eliminuje fizycznie i nieodwracalnie. I co tu zrobić z takim życiem przeżytym w połowie, szczęściem zbudowanym na ludzkiej tragedii? W końcu gdzie zrzucić z siebie ciężar przechowywanych przez lata historii? Okazja do tego ostatniego pojawia się, gdy na wiejskiej drodze psuje się samochód Igorowi, znanemu warszawskiemu reżyserowi teatralnemu. Sońka znajduje w nim słuchacza do opowiedzenia swojej przeszłości. Zdaje się, że czekała na niego całe życie.
Sońka nosi w sobie historię miłości, z gatunku tych najgorszych: oto, jako młoda dziewczyna zakochuje się w niebieskookim esesmanie Joachimie i potajemnie, wbrew własnemu rozsądkowi spotyka się z nim, by konsumować wspólne uczucie. I może gdyby wiedziała, jak ogromne spustoszenie pozostawi w jej sercu przystojny przybysz z zachodu, nie wychodziłaby tego dnia z domu. A już na pewno nie w najlepszej, kwiecistej sukience.
„Historia jest zawsze przeciwko ludziom – a najbardziej kobietom. Ja nie chcę się skarżyć, tylko musisz wiedzieć, co znaczyło wtedy – dawno, dawno temu – być kobietą. Wartość kobiety to nie więcej niż wartość kozy, choć koza większą miała szansę na przeżycie.”
Ot, historia wojenna, jakich wiele, pomyślicie – pełna bólu, patosu, tragedii i niezrozumienia. I macie rację. Będzie tu o zawiedzionych nadziejach, upokorzeniach, śmierci. Będą gwałty i mordy z najmniej spodziewanych rąk. Na szczęście pisarz postanowił wyposażyć tę powieść w drugi poziom.
Obok linearnej powieści o wojnie, jesteśmy świadkami przemyśleń Igora, który słuchając Sońki, myślami odpływa hen daleko – na deski teatru, próbując przerobić zasłyszaną właśnie historię na kultową sztukę. Czytelnik, wytrącany co chwilę dygresjami odnośnie przebiegu inscenizacji, traci kontrolę nad tym, co w historii jest prawdziwe, a co stanowi jedynie wytwór wyobraźni wielkiego reżysera ze stolicy. Karpowicz w ten wymowny sposób chce wyrazić swoją opinię przeciwko pornografii nieszczęścia, handlowania i sprzedawania Holocaustu – okazuje się, że nawet kultura wysoka korzysta z tematów modnych i opłacalnych, takich, które najlepiej sprzedadzą się w formie krzykliwych nagłówków gazet. Naszła mnie smutna refleksja, że podobnie jest z blogami.
Sońka podobała mi się z kilku powodów: Karpowicz odziera z sielskości motyw idealizowania wsi. Za włosy do parteru ściąga stereotyp wsi spokojna, wsi wesoła – udowadnia, że lokalna, mała wspólnota potrafi zorganizować sobie wojnę na mikro skalę. Kolejno: nietypowe spojrzenie na wojnę – ta pomimo okrucieństw może ostatecznie kojarzyć się z czymś dobrym, bo z największą miłością. I w końcu zabieg przemieszania planów czasowych i motyw teatru, dzięki któremu autor dobitnie pokazuje nam, że w istnienie zostaliśmy wpisani bez możliwości powtórzenia sceny – bo taka jest nasza rola w teatrze życia.
