Z płytkim oddechem i włosami przyczepionymi do twarzy (byle szybciej!) wpadam przed Browar Mieszczański. Na czerwonym dywanie łaszą się już goście. Szybka lustracja zgromadzonych osób i zaczynam żałować, że ostatnie 15 minut poświęciłam na oglądanie tv, podczas kiedy powinnam była spożytkować je na spenetrowanie pawlaczy w poszukiwaniu jakiegoś stroju pajaca lub klauna, ponieważ w marynarce i legginsach, na tle innych dziewcząt w sukniach balowych, wyglądam chyba skromnie. Puszczam sobie płazem małe niedopatrzenie i ruszam do środka. A tam igrzyska lansu. I o ile naprawdę lubię pokazy mody, nie znoszę otoczki, która wytwarza się wokół nich. Mile widziane jest, jeśli znasz przynajmniej połowę gości, a jeśli liczba wysyłanych w próżnię 'buziaczków’ jednego wieczoru przekroczy cyfrę 20 – możesz poczuć się wreszcie, jak u siebie w domu (uff). Jeśli nie lubisz sztuczności, w żaden sposób nie kręci cię robienie sobie zdjęć ze znanymi ludźmi, ani bezczynne wystawanie w najbardziej reprezentatywnym miejscu celem pokazania swojego stroju, nie rajcuje cię również picie szampana (raz, że kierowca, dwa – jako potomek Ukraińców uznajesz tylko wódkę), to prawdopodobnie nie jest to miejsce dla ciebie. No ale zaprosili, więc już zostajesz.
Siadasz w pierwszym rzędzie (na dwa dostępne) i czekasz. Chwilę przed godziną 19.00, na którą zaplanowany jest pokaz powoli schodzą się ludzie, zajmują miejscówki, organizatorzy coś tam jeszcze poprawiają. I czekamy. Pięć po, dziesięć, piętnaście. Ja czekam, ty czekasz, ona czeka, oni czekają. I tak czekamy. I czekamy. Trochę z nerwami, bo nie znosisz spóźnialstwa, bo to według ciebie oznaka braku szacunku, trochę odpuszczasz, bo wszystko jest tak perfekcyjnie przygotowane, na najwyższym, jak na Polskę poziomie, że na małą wpadkę można przymknąć oko. Przez głowę przechodzi jeszcze taki mały żal, że przez te prawie pół godziny zdążyłabym z pewnością odnaleźć w domu sukienkę komunijną, żeby choć trochę wpisać się w klimat poprzebieranych gości. Ale już. Dwadzieścia pięć po. Zaczynamy.
Najpierw wyświetlony zostaje fashion movie produkcji Lewicka&Grymuza (ponoć można tam gdzieś znaleźć Erill). Całość wykonana perfekcyjnie, ale znając już inne filmy tego duetu – tym wyjątkowo nie jestem zachwycona. Nie bierze mnie ten klimat i już.
No i w końcu wychodzą modelki. Oceniając kolekcję na pewno należy zwrócić uwagę na różnorodność projektów. Uważam, że to ogromny atut projektanta marki, Sebastiana Szrajbera. Nie zamyka się w jednej szufladce i potrafi tym samym zaskoczyć widza. To wszystko sprawiło również, że oglądając kolejne ubrania popadałam w skrajności. Jedne byłam skłonna kupić zaraz po pokazie, inne zwymyślałam trochę, uznając za kiczowate (przede wszystkim spodnie z eko skóry, które fatalnie leżały na modelkach). Zachwyciłam się natomiast tymi projektami:
Jestem również absolutnie zauroczona męską linią. Aż szkoda, że projektów dla panów było tak mało. Co prawda nie jestem facetem, ale dostrzegam ogromne zapotrzebowanie na niesztampowe ubrania dla płci męskiej. Panie Szrajber, widzę tu ogromny potencjał, proszę go nie zmarnować!
Szrajber doskonale bawi się konwencjami. Rockowe spodnie zestawia z delikatnymi, przeźroczystymi bluzkami. Z pozoru nudną, godną biurwy, grzeczną sukienkę urozmaica skórzanymi wstawkami, niby bezkształtną koszulę przewiązuje paskiem, tworząc ultra kobiecą sukienkę, a eleganckie koszuliny pokazuje w duecie z mega seksownymi spódniczkami, aż dziw bierze, że mogłyśmy je zestawiać inaczej!
„Ne Comme Ca lubi sylwetki ludzi odważnych, świadomych siebie, nie przepraszających za to kim są” – piszą o sobie przedstawiciele marki. Jako, że ze wszystkich projektów, aż biła kobiecość, z pełną premedytacją stwierdzam, że postulat udało się zrealizować.
Podsumowując: nie do końca mój klimat, ale widzę ogromny potencjał w tej marce, z polikami podmalowanymi wypiekami będę śledzić jej dalsze losy. Chciałabym również pochwalić za stworzenie profesjonalnego przedsięwzięcia, w którym począwszy od klimatycznego miejsca (Browar Mieszczański), po modelki, zaproszenia, muzykę oraz catering wszystko było dokładnie zaplanowane. Widać, że za organizację pokazu zabrali się ludzie, którzy znają się na rzeczy. Ze swojej strony życzę sobie więcej tak perfekcyjnie przygotowanych wydarzeń modowych we Wrocławiu. (No dobra i może jeszcze tej namiastki Macieja Zienia w wykonaniu Sebastiana Szrajbera: [klik] )
Ne Comme Ca znaleźć możecie na facebooku i na portalu saltandpepper.




