EVVIVA L’ARTE!

Muszę przyznać się Wam do pewnej przypadłości. Otóż, w trakcie rozmów telefonicznych i oglądania filmów – czyli wszystkich tych czynności, podczas których moje ręce żyją zupełnie osobno – rysuję. I pal licho, gdybym malowała jak Vermeer van Delft, Frida Kahlo czy Edward Hopper (choć przyznam, że mam w sobie coś z mroczności Beksińskiego). Moje szkice przypominają niestety mazgaje pięcioletniego dziecka, które właśnie-co nauczyło się trzymać poprawnie długopis w dłoni (*nie ubliżając oczywiście przedszkolakom).
Rysowanie na marginesach notatników, po kalendarzach i gazetach (kto dorysowuje modelkom czarne zęby i wąsy, ręka do góry!), to pozostałości szkolne, kiedy podczas przedmiotów, na których nie rozumiałam, co się do mnie mówi (fizyka, chemia), oraz tych, na których, by nie zwariować, uciekałam w świat sztuki, (język niemiecki), musiałam zająć czymś ręce. Ponoć praktyka czyni mistrza, ale po szesnastu latach kariery naukowej, śmiem twierdzić, że, no jednak NIE. I tylko serduszka, które wychodzą mi piękne i brzuchate, podnoszą na duchu, że moje dłonie może nie są zgrabiałe, a upośledzenie manualne jeszcze nie wykracza ponad normę, choć można byłoby pomyśleć jednak inaczej.
Piszę o tym wszystkim, ponieważ podczas sprzątania natknęłam się na stare pamiętniki (a jak wiadomo w tym momencie należało zaprzestać wszelkich czynności i na kilka godzin oddać się beztroskiej lekturze), które są zamalowane do granic wytrzymałości. I choć z wiekiem moje rysunkowe dzieła są coraz mniej wyszukane, do dziś towarzyszy mi dziecięca nieporadność. I jeśli w 2005 roku w swoich komiksach zastanawiałam się o czym szczekają psy i czy pingwiny mają kolana, tak już w 2010 roku na podstawie rysunków inspirowanych starożytnymi freskami (nie można odmówić im podobieństwa!) omawiałam różnicę pomiędzy żołądkową gorzką a żołądkową rozgoryczoną. Dziś kroku dotrzymuje mi co prawda minimalistyczna kreska i już nie ta wyobraźnia (z obłej bulwy z trzema kropkami po środku trudno jednak wyobrazić sobie kota), co nie znaczy, że zaprzestałam stosowania graficznej zbrodni na papierze. Chciałabym zakrzyknąć na koniec Evviva l’arte, choć niestety bliżej mi do mniej podniosłego Livin’ la vida loca. No ale cóż zrobić – taka karma.

sukienka: nife, bluzka: h&m, toczek: vintage, torebka: vero stilo, buty: ECCO