Mogłabym napisać o tym, jak o czwartej nad ranem obudził mnie wstrętny skurwiel bzyczący nad uchem, albo o tym jak słysząc powiedzonko smażing, plażing mam ochotę zrobić sobie harakiring. Zamiast tego dziś będzie tylko o pozytywnych rzeczach, dzięki którym w ostatnim czasie linia mego czoła jest spokojna. O negatywnych sprawach pisze się zbyt łatwo, ba – zdania same układają się w przypowieści, a ironia to królowa takich wpisów (z papierosem zamiast berła).
Zatem:
1) Dostałam ostatnio rower. Znów poczułam komunijne emocje, ino niewinność nie ta. Cellulicie, bierz co twoje i won (przepraszam za robienie złudnych nadziei, że jestem idealna).
2) Uwielbiam lato we Wrocławiu. Jestem typową miastówką i nawet wakacje zazwyczaj znacznie bardziej wolę spędzać w metropolii, niż na dzikiej plaży. A we Wrocławiu, szczególnie latem tyle się dzieje, że nawet nie myślę, by się gdzieś wyrywać.
3) Odkrycie nowego smaku: wina Bieszczady, potocznie zwanego bieszczadzkim miśkiem. Rocznik: sierpień 2013. Etap picia tego typu wytrawnych trunków zakończyłam razem z ukończeniem gimnazjum i po serii wstrząsających wspomnień, którym na imię było Mustak oraz Leśny Dzban przez dekadę nie tykałam niczego z niższej półki. Do ostatniego weekendu. Dostałam w prezencie od Pawła, a darowanemu koniowi ponoć nie ten… Mamo! Damy już ze mnie nie będzie.
4) Odkrycia kosmetyczne: rajstopy w sprayu Sally Hansen, woda termalna Vichy oraz farba do włosów Joanna, odcień płomienna iskra (Rien, dzięki za polecenie). Tak, zdaje się, że każdy z tych produktów wymyślił jakiś mistrzunio, tak mi podeszły tego lata.
Tymczasem zostawiam Was ze zdjęciami zrobionymi w Parku Grabiszyńskim we Wrocławiu.
fot. Paweł
ogrodniczki: persunmall, bluzka: sinsay, okulary: ray ban, sandały: celine via second choice

