Ów post jest wynikiem znużenia nauką o mediach lokalnych i środowiskowych. Sami wiecie, że kiedy nadchodzi pora przyswajania wiedzy, tyle jest rzeczy do zrobienia, nagle tak kochamy sprzątać, układać, przekładać, wymyślać i zmieniać – no wiecie, coś na kształt 'nie wyrabiam się z robotą, bo mam straszny zapierdol na fejsie’ (przyp.red. fejs- w slangu młodzieżowym portal społecznościowy Facebook).
Więc oto ja teraz…
Dziś rozbieram najnowszy numer Elle
Za każdym razem, kiedy kupuję pisma, za kwotę, którą mogłabym wydać o wiele bardziej pożytecznie, choć nie oszukujmy się, nie ma wielu rzeczy, które można nabyć poniżej 10 zł – karcę się w myślach i w duszy, że właśnie wtopiłam kasę nadaremnie.
I ja już wiem po tytule, że oglądanie pisma zajmie mi góra pół godziny, a później zostanie weltschmerz i niepocieszenie. I jeszcze niesmak. I totalna sromota. Jednak jestem tylko ssakiem i jak każdy popadam w szał konsumpcjonizmu i kultury masowej. Co miesiąc popełniam ten sam zakupowy plagiat i taszcząc gazetę w kieszeni wiem, że jestem tak śmieszna, jak tylko może być człowiek we wszechświecie.
Mój bulwers już nawet nie dotyczy miliona reklam, których co prawda jest tu od chuja pana, nawet nie tych zdjęć z produktami, na które nikogo z nas nie stać, no dobra, gdyby podliczyć całą swoją wypłatę starczyłoby akurat na buty; chodzi mi o treść, a raczej jej brak. Z przykrością oświadczam, że znalazłam tu dwa artykuły, które mnie zainteresowały. Wywiad z Jakubem Żulczykiem i felieton Zuzy Ziomeckiej. Reszty nawet nie tknęłam, bo i nie było czego.
Ale brak tekstu to jeszcze nic. Omiotłam ostatnią stronę z konkursowymi stylizacjami, nie znalazłam żadnej znajomej mi twarzy, 'dziewczyny przestały mieć parcie na papier, świat się kończy’- pomyślałam i poszłam dalej. Wzięłam i przeczytałam horoskop dla raka i lwa, co by wybrać lepszą karmę, natknęłam się na tysiąc sesji w stylu: kożuch plus gołe nogi, no przecież na polskie warunki klimatyczne strój jak znalazł, krótkie spodenki plus glany, topless plus botki z ćwiekami- to jest must have sezonu, więc nie należy lekceważyć propozycji pań stylistek. Ale to wszystko nic, najpiękniejsze miało dopiero nadejść. I nadeszło wraz ze stroną 121.
Ja rozumiem sztukę, awangardę, zamysł fotografa. Ale promowania nagich pośladków w kontekście kolekcji jesienno- zimowych, nie.
Podsumowując, kolejny raz wyrywam sobie włosy z głowy, kajając się, że zamiast Elle nie wzięłam sobie darmowej gazetki Skarb z Rossmanu, w której o dziwo jest więcej interesujących artykułów. Ale zamiast zaprenumerować Lampę, za miesiąc znów pobiegnę do kiosku sprawdzić, czy nowy numer to nadal chała.
*dzieci na sali uspokajam, wulgaryzmy egzystują tylko w moim słowie pisanym, w rzeczywistości jestem spokojna, więc w wirtualu daję sobie poszaleć
ament.


