Moi drodzy, nie myślcie sobie, że o Was zapomniałam, że mi się odechciało, albo że zostałam rasową amiszką i zaczęłam gardzić technologią.
Zniknęłam z powodów osobistych (choroba w rodzinie) i chociaż zaglądałam do Internetu codziennie, nie miałam często siły, by sklecić z sensem trzy zdania na krzyż. Dwa ostatnie miesiące były dla mnie ekstremalnie trudne – zarówno psychicznie, jak i fizycznie, a każdy kolejny tydzień nieobecności na blogu sprawiał, że jeszcze trudniej było mi się zabrać za napisanie nowej notki. Wiecie, jak to jest – kiedy człowiek pisze w miarę regularnie, nawet jeśli czasem przymusi się do stworzenia czegoś nowego – jakoś to wszystko się kręci. Kiedy jednak wpadnie w marazm, a każda próba wypuszczenia czegoś w świat kończy się jednym wielkim rozczarowaniem, zaczyna tracić nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek uda mu się stworzyć coś, co będzie można bez wstydu zaprezentować ludzkości. Musicie mnie zrozumieć – mam wewnętrzną blokadę przez serwowaniem Wam bezwartościowej papki; z ogromnego szacunku, jakim Was darzę, wolę nie odzywać się miesiąc lub dwa, niż mówić o niczym. To ostatnie zostawiam innym blogerom.
Przychodzę dziś z dwoma refleksjami:
- Dziwią mnie komentarze, że: ale ty masz super, weź się zamień; chciałabym być Tobą. A ja mam przecież życie, jak każdy z Was. Może częściej, niż przeciętny człowiek dostanę coś za darmo, bo ktoś uzna, że jestem świetnym narzędziem marketingowym i może regularniej przyjmę na swoją klatę krytykę, ale wszystkie problemy i choroby tego świata dotyczą mnie tak samo.
- To zadziwiające, w jak zastraszająco krótkim odstępie czasu człowiek może zmienić swoje priorytety. I kiedy dzień wcześniej jednym z jego głównych zmartwień był brak funduszy na zestaw pędzli marki Zoeva, a już tydzień później najważniejszym dylematem stał się czas, w jakim uda mu się przebyć dystans dom-szpital (czy to dziś, uda mi się zrobić życiówkę?) – odkrywa, że ma jednak sporo kwestii do przemyślenia.
Uboższa o kilka kilogramów, bogatsza w ogromną dawkę pokory, wracam.
Choć miałam już ochotę oddać życie z powiadomień.
Poniżej znajdziecie moją fotorelację z tegorocznego wypadu w Bieszczady, który pomógł mi w końcu zaczerpnąć powietrza pełną piersią. Tym razem w doborowym towarzystwie udało mi się zdobyć Małą Rawkę (rok temu Połoninę Wetlińską).
Wdech-wydech.















