W mojej rodzinnej miejscowości były do tej pory dwie biedronki i lidl, którym szpanowaliśmy, aktualnie otworzyli nam jeszcze kilka hypermarketów, toteż teraz jest szpan pełną gębą, a skrzynka ugina się pod ciężarem gazetek reklamowych afirmujących sztuczną czekoladę i pani patrzy jakie piękne mięso umyte na zapleczu ludwikiem, co by zieleni widać nie było…
Poza tym mamy dwa kościoły, które nigdy nie zaznały mojej obecności, płaczcie heleny i jadwigii i na klęczkach do częstochowy modlić się za niepokorną owcę. Mamy też jedną pizzerię oraz kilka pomieszczeń, które same zwą się knajpami, to nic, że po 22 całe miasto pogrążone jest w letargu i nie uświadczysz żywej duszy. Moje miasto nie żyje, ale wciąż brakuje mi odwagi, by pokazać mieszkańcom ich własne nekrologi.
W mojej osadzie krzywo patrzy się na oryginalnych ludzi, widok afroamerykanina, którego mamy zresztą jednego w mieście wciąż wzbudza emocje, ty paaaaatrz murzyn idzie i stefania z marceliną z oczyma otworzonymi do granic możliwości lustrują obcokrajowca, a przecież polaka, swojego a przecież obcego, a ich wzrok gniewnie mówi wypierdalaj brudasie, małpo z afryki.
W mojej osadzie zawód meliniarza przechodzi z ojca na syna, a patologia i woń kalectwa czają się na każdym rogu. I to prawda, że w jednym jedynym kinie wyświetlane są filmy, które już dawno zostały wydane na dvd, ale to tylko wzmacnia wizerunek miasta.
W mojej osadzie są również zajebiste lumpeksy, dzięki którym mam tak wspaniały sweter, jak ten załączony na zdjęciu. I buty. I tylko za to kocham swoje miasto, bo jak wyruszamy z mamą na lumpeksowe podboje, to wiecie, kogo nie ma na nas we wsi? [tak, JEGO]
hat,sweater, shoes– second hand coat-h&m


