A TY? CZY WYRZUCIŁEŚ JUŻ SWÓJ TELEWIZOR?

DSC_0111 (1400x922)

Książki czytam ostatnio na potęgę. Okazuje się, że wystarczy zrobić sobie weekend bez Internetu, by w magiczny sposób znaleźć czas na przyjemność wsiąkania w literki i przepadania w nich na długie chwile.

W najbliższym czasie pojawi się zatem na blogu kilka recenzji przeczytanych lektur, choć może recenzje niekoniecznie są tu adekwatnym określeniem. Nie jestem pewna, czy mój blog jest odpowiednim miejscem na krytyczno-literackie uniesienia, znacznie bardziej odpowiada mi jednak łapanie emocji na gorącym uczynku i publikowanie ich dokładnie w takiej formie, jaką przybiorą. Czasem jest to mniej lub bardziej udana próba publicystyki, innym razem to po prostu spisane luźno myśli.

I tak, książka „Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym” Anny Mularczyk-Meyer skłoniła mnie do wielu przemyśleń natury życiowej. Daleka będę więc od streszczania jej zawartości (nienawidzę ludzi, którzy to robią!), a w dalszej części notki skupię się przede wszystkim na kilku kwestiach, które zaintrygowały mnie najbardziej.

Do lektury tej książki zabierałam się już od jakiegoś czasu. Jestem wierną czytelniczką bloga autorki (Prosty blog), lubię sposób, w jaki Anna przedstawia swoje obserwacje i cenię prostotę przekazu. Zakup drukowanej wersji jej przemyśleń był dla mnie zatem oczywistością. Po drodze pojawiły się jednak pytania. Z jednej strony: czy książka to zupełnie nowy twór, przedruk bloga, a może jedynie uzupełnienie tego ostatniego? Z drugiej: czy informacje, które tam znajdę, nie będą dla mnie zbyt oczywiste, wszak o minimalizmie czytam nie od dziś. Kilka pierwszych stron skutecznie rozwiało wszystkie wątpliwości. „Minimalizm po polsku…” to doskonale usystematyzowana wiedza na temat sztuki prostoty, podana w absolutnie lekki i daleki od filozofowania sposób. Wbrew pozorom interesujące i inspirujące informacje znajdą tu nie tylko początkujący minimaliści, ale właściwie wszyscy, którzy czują potrzebę wprowadzenia zmian w swoim życiu. Autorka w sugestywny sposób obala stereotypy dotyczące minimalistów (patrz: tytuł notki) i realizuje temat, omawiając go z kilku różnych punktów widzenia – w końcu dla każdego minimalizm będzie oznaczał coś innego. Jeśli zastanawiacie się nad zakupem książki, tutaj znajdziecie jej fragment oraz spis treści.

A teraz pozwólcie, że powrócę do zagadnień, które w książce zainteresowały mnie najbardziej.

DSC_0114 (1400x933)

NIE MAM CZASU NA SLOW LIFE

„Lepiej nie przyznawać się do niebycia wiecznie zajętym (…). Wolnym czasem dysponują tylko nieudacznicy albo ludzie bardzo zamożni”.

Miarą sukcesu w powszechnym rozumowaniu bywa liczba przepracowanych godzin. Wtłacza się w nas te niewygodne dane, że doskonałość kryje się gdzieś za pagórkiem dziesięciu tysięcy godzin treningu, że tylko człowiek, który pracuje przez większą część doby, może coś osiągnąć. W czasach, w których określenie śmierć z przepracowania nie jest już tylko pustym frazesem, pogoń za karierą i pieniądzem powinna wzbudzać w nas coraz głębsze refleksje.

Pewnie nie raz i nie dwa, np. podczas odmowy spotkania, zdarzyło się Wam posłużyć argumentem: pracuję; mam dużo pracy; jestem zarobiony; nie wyrobię się itd., podczas gdy tak naprawdę nie mieliście po prostu ochoty wychodzić tego dnia z domu, nie chciało Wam się z nikim gadać i planowaliście spędzić cały dzień na oglądaniu seriali. Brzmi znajomo?

W dzisiejszych czasach wypada być zapracowanym; dobrze pojmowany jest terminarz napięty od spotkań, list i harmonogramów; zapełniona nazwiskami karta pamięci w telefonie. Brak czasu postrzegany jest jako symbol aktywności – niech świat zobaczy, jaki jestem rozchwytywany! W każdym przejawie wolnego czasu, który nie jest weekendem lub świętem, węszy się jakiś podstęp, nieróbstwo. A później taki wolny dzień spędzony na oglądaniu telewizji skutkuje wyrzutami sumienia, urlop bywa pretekstem do narobienia zaległości z całego roku (zresztą – wrócić z wakacji bez tony zdjęć i materiału video – to już niemodne). Na każdym kroku wmawia się nam, że powinniśmy pracować i zarabiać coraz więcej.

Czy w swoim wypełnionym zadaniami tygodniu (no bo przecież jesteś zapracowany, czyż nie?), znajdziesz chwilę, by zastanowić się nad tym, czy właśnie tak ma wyglądać Twoje życie?

• TWOJE MARZENIA. CZY ABY NA PEWNO SĄ TWOJE?

„Pragnienia i marzenia – które z nich są twoje własne, a które ktoś ci podrzucił?”.

Kiedy zastanowicie się dłuższą chwilę nad swoim postępowaniem, z pewnością znajdziecie wiele sytuacji i decyzji, które nie do końca były Waszym wyborem. Ot – zadziałała presja rodziny, wpływ otoczenia lub specyfika czasów. Iluż to z nas urzeczywistnia czyjś pomysł na życie, nie mając odwagi realizować własnych planów. Ba, większość z nas nie ma nawet świadomości, że to robi!

Sugestie bliskich osób potrafią nieźle namieszać nam w głowie. Kilka razy złapałam się na nieświadomym powtarzaniu zdania innych, biorąc je za swoje własne. Jakież było moje zdziwienie, a później rozczarowanie. Gdybym słuchała tylko i wyłącznie siebie oraz znalazła czas na to, żeby zastanowić się, czego tak naprawdę potrzebuję – sprawy potoczyłyby się inaczej. Doświadczona kilkoma potknięciami (spokojnie – wstałam, otrzepałam kolana i maszeruję dalej), pięć razy zastanawiam się, czy naprawdę potrzebny jest mi nowy samochód, czy może jednak wymuszają to na mnie inni. Łapię się też na tym, jak po intensywnej przebieżce po blogach, wyłączam komputer z listą rzeczy w głowie, które muszę mieć, bo dalsza egzystencja bez nich wydaje się bezcelowa. Mam tu na myśli tak niezbędne przedmioty do przetrwania, jak np. luksusowy puder w kulkach, czy manicure hybrydowy. Sami rozumiecie..

Obserwacja własnego zachowania dała mi jednak sporo do myślenia w kontekście prowadzenia bloga. Staram się mocno ograniczać treści, które mogłyby wywoływać w was potrzebę sięgania po portfel i mam nadzieję, że nie za często wywołuję w Waszych głowach zachcianki czysto konsumpcyjne.

No chyba że mówimy o książkach.