MY PRECIOUS BRONX

płaszcz Saska
 

Czytelnicy, którzy są ze mną od początku istnienia tego bloga, z pewnością pamiętają botki Bronx, które swego czasu miała w swoim posiadaniu co druga blogerka. To piękne buty, pomyślałam i choć pięć lat temu wydatek rzędu 400 zł wydawał się szaleństwem i sporym nadużyciem studenckiego budżetu, zdobyłam się na heroiczny krok. Ja – laska, która wcześniej obcasy zakładała jedynie na wesela i uroczystości szkolne, szarpnęłam się na 8-centymetrowy słupek. Możecie sobie tylko wyobrażać, jak wyglądały nasze wspólne kroki i potknięcia. Botki po serii wewnętrznego chichotu odwdzięczyły się jednak bezgraniczną miłością – w końcu dały się okiełznać i szybko dogadały z resztą garderoby.

Rzadko myślę o ubraniach i w ogóle o rzeczach z sentymentem – nie mam manii zbieractwa, ani nie przyzwyczajam się zbytnio do przedmiotów, przyznam jednak, że z tymi butami nie mogę się rozstać. Ich zdarte czubki zdradzają bujną przeszłość, jednak okład z czarnej pasty daje chwilę ukojenia i uspokaja, że jeszcze nie jest tak źle. Jeszcze nie trzeba przechodzić na emeryturę.

Płaszcz to z kolei najnowszy nabytek, prezent od wrocławskiej marki Saska – i choć jesteśmy razem dopiero od kilku tygodni, czuję, że to może być miłość na wieki (lata). Pisałam Wam jakiś czas temu, że szukam płaszcza z prawdziwego zdarzenia, takiego, co to nie będzie żałosnym patchworkiem poliestru i wiskozy. No i mam – model, który pochodzi z dobrego domu (made in Poland: Wrocław, poznałam jego matkę: równa babka!), ma imponującą muskulaturę (60% wełny czesanej, 40% angory) i całkiem nieźle otula podczas zimowych spacerów. Takich kawalerów, to ja lubię!