W jakimś wywiadzie (wiem, zabrzmiało to, jak gdybym udzielała co najmniej pięciu dziennie) powiedziałam, że ubrań nie traktuję jako manifestu poglądów czy sposobu na wyrażanie własnej osobowości. Pewnie dlatego nigdy nie należałam do żadnej subkultury, bo definiowanie siebie poprzez czarną koszulkę czy zielone spodnie od zawsze wydawało mi się bez sensu. Nie widzę także potrzeby interpretowania mody. Kiedy czytam, że namalowane na sukience kajdanki ktoś tłumaczy jako 'metaforę fashion victim’, 'ciemne kolory są ekwiwalentem upadku człowieczeństwa’, a proste fasony zostały wykorzystane jako 'hołd niewolnictwu’, to zastanawiam się, czy świat dąży ku temu, że niedługo naszym jedynym obowiązkiem będzie obcinanie paznokci u nóg…
Tak więc, jeśli za chwilę zakwalifikujecie mój ubiór do klasy 'pensjonarski szyk’ lub 'miejski gotyk’, miejcie na uwadze, że ostatnią rzeczą o jakiej myślałam ubierając się rano, było to, czy mój strój i ja dopełniamy się, czy istnieje korelacja pomiędzy moim cyklem miesiączkowym a kolorem bluzki oraz czy rozbieżność pomiędzy dzisiejszym humorem a barwami odzienia wpływa znacząco na mój stan psychiczny.
A co Wy myślicie na ten temat? Czy ubrania w jakiś sposób definiują Waszą osobowość?
fot. Paweł
shirt: romwe, shorts: stradivarius
*Tytuł to fragment wiersza M. Świetlickiego


