[Zabieram was na małą przejażdżkę po vintage shopach w Los Angeles]
Nie lubię kupować nowych ubrań. Po pierwsze zwyczajnie szkoda mi na nie pieniędzy, po drugie bywa, że sklepy sieciowe miewają taki sam asortyment. Zdarza się przecież, że ubrania różnią się jedynie metką z nazwą i logo firmy… Poza tym za ciuchy szyte przez chińskie 3-latki, koncerny odzieżowe kroją sobie marże w żaden sposób nieadekwatne do jakości oferowanych produktów. Ja dziękuję za super trendy stroje made in China.
Zakupy w lumpeksie traktuję z pewnego rodzaju namaszczeniem. Każdy ciuch oglądam dokładnie i z osobna, delektując się co lepszymi zdobyczami. Wierzę bowiem, że ciuchy z drugiej ręki mają swoje historie. Noszone przez kogoś innego przesiąknięte są czyimś życiem… W dzień dostawy bywa gorąco. Już od 9 rano przed drzwiami sklepu tłoczą się istoty płci żeńskiej, gotowe, by w każdej chwili wystartować, stratować przy okazji konkurentki i z triumfem dobiec do pierwszego stołu. Walczyć jest o co, bo pierwszego dnia rzucane są niewybredne kąski. W tym dniu wyższa jest także cena za kilogram, a prawdopodobieństwo bójki na pięści i koszyki wzrasta siedmiokrotnie.

W lumpeksowych podbojach nie ma dylematu: wziąć, czy zostawić, co w 'zwykłych’ sklepach takim oczywistym znowuż nie jest… Patrzysz na cenę: 2 zł. Stać mnie, biorę. W sumie, kto by się nie skusił? Im głębiej w dni tygodnia, tym ceny maleją i analogicznie ubywa towaru. W taki np. piątek ubrania można kupić za bezcen- i nie jest to nadużycie semantyczne! Wierzcie mi, wygrzebanie pod koniec tygodnia perełki rekompensuje trudy całego miesiąca. Co prawda panie sprzedające z politowaniem kiwają głową, kiedy z wieszaka ściągam czarny kombinezon, który nie zszedł im przez prawie trzy sezony. Z wysoko podniesioną głową lekceważę uśmieszki ukryte za moimi plecami. No cóż, one nie wiedzą, że to będzie modne.

Ja wiem. I wierzę w to, że ubrania mają dusze. Te używane. Nowe, nietknięte, sterylnie wyprasowane, wiszące smętnie na dizajnerskich wieszakach są takie smutne i jak rzekłaby Wisława Szymborska 'jednorazowe, aż do szpiku kości’. Na szczęście są ludzie, którzy do lumpeksów nie chodzą. I kłaniam się im do pasa, bo dzięki ich awersji mam szafę pełną niesamowitych i jedynych w swoim rodzaju, bogatych duchowo ubrań.


fotografował Paweł
ps. nie musicie mi zazdrościć, bo i tak nic sobie nie kupiłam ;)



