"Służące" – recenzja

Przed rozdaniem nagród Nike, staram się zapoznać choć z częścią nominowanych pozycji. Podobnie jest z Oscarami. Nie mam jakiejś presji, by koniecznie zrozumieć, co kierowało gustem Akademii, ale lubię z ciekawości przejrzeć nominacje. A nuż, trafi się jakaś perełka. O „Służących” przeczytałam najpierw na blogu Toli i stwierdziłam: „muszę to przeczytać”. Szybciej dotarłam jednak do filmu.

Z perspektywy czasu trudno nam uwierzyć w to, że Stany Zjednoczone dopiero 150 lat temu zniosły niewolnictwo. Tak jakby kolor skóry mógł o czymkolwiek świadczyć. A okazuje się, że i owszem. Ciemna barwa skóry jest pretekstem do drwin i poniżania, do pomiatania i do pogardy. Tę całą paletę emocji kobiety – służące dzielnie znoszą, spuszczając głowę, a godność zostawiając przed drzwiami frontowymi, byle tylko móc utrzymać pracę i być w stanie wyżywić swoje dzieci. Film 'Służące’ przedstawia życie w Missisipi w czasach segregacji rasowej, a więc codzienność wczesnych lat 60-tych. Na porządku dziennym było posiadanie czarnoskórych służących przez białe rodziny oraz rasizm i dyskryminacja z pełnym przyzwoleniem społeczeństwa.

Służące są idealnymi sprzątaczkami, kucharkami, ale także opiekunkami do dzieci – zdarza się, że wyręczają zapracowanych rodziców w obowiązku kochania własnych pociech. W najgorszym wypadku, dzieci wychowane przez swoich nieskazitelnych rodzicieli, wyrastają na takich samych rasistów, jak oni. Służące są gorsze od białych, bo są czarne, a to już poważne wykroczenie, które należy ukarać odrębną łazienką i poniżeniem. 

Na pochwałę zasługuje gra aktorska głównych bohaterek, w szczególności Emmy Stone za kreację Skeeter, Violi Davis (Aibileen) oraz Octavii Spencer (Minni). Chociaż gdybym miała wybierać w czyją rolę chcę się wcielić, zdecydowałabym się na postać Hilly Holbrook – zawsze marzyłam o zagraniu czarnego charakteru :)

Myślę, że ten film wart jest owacji na stojąco. Zatem powstańcie.