SZCZAWNO-ZDRÓJ

DSC_0090

Dajcie mi ładną pogodę, interesujące towarzystwo i fotogeniczne budynki, a jestem porobiona.

Od jakiegoś czasu moim ulubionym zajęciem jest zadzieranie głowy do góry i uwiecznianie na zdjęciach pięknych budynków. Słowo honoru, niewiele rzeczy sprawia mi większą frajdę, niż moment, w którym oko w oko staję z budynkiem z krwi i cegły, mierzymy się wzrokiem i w ciągu kilku najbliższych sekund zapada decyzja, czy spoczniemy razem w mojej prywatnej historii dziejów.

Kiedy mieszka się na Dolnym Śląsku, powodów do wyciągania z zachwytu szyi jest naprawdę wiele. I jeszcze więcej okazji, by z dumą napominać, że jest się stąd.

Zgodnie z tą myślą, w miniony weekend wybraliśmy się na wycieczkę do Szczawna-Zdroju. Tyle naczytałam się o tym uzdrowisku przyczepionym kręgosłupem do mało urodziwego Wałbrzycha, że nie było opcji, bym pewnego dnia nie postawiła tam swojej stopy. Spodziewałam się, że – jak to w miejscowości uzdrowiskowej – będzie po prostu ładnie, ale w życiu nie przypuszczałam, że ta niepozorna mieścina zawróci mi w głowie aż tak! Czasami zastanawiam się, czy jestem normalna z tą całą swoją ekscytacją budynkami mieszkalnymi? Podczas gdy moje rówieśniczki podbijają świat, ja w swoim czarnym kajeciku notuję, że przy ul. Malinowej stoi bezgranicznie piękny dom wielorodzinny, a nad nim pieczę bezwstydnie sprawuje drzewo głogu. Czy ktoś z Was też tak ma? I czy choruje na to samo?

Wracając do celu naszej podróży. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Dom Zdrojowy (dawniej Grand Hotel) zlokalizowany w samym sercu miasta. Tylko spójrzcie, jak wyglądał w czasach swojej świetności. Jestem przekonana, że życie towarzyskie kwitło tu równie bujnie, co dym papierosowy, zawieszony gdzieś pomiędzy stolikami w sali bankietowej. Dziś wnętrza wyglądają równie spektakularnie – niektórzy nawet twierdzą, że jak z Titanica (mój chłopak), a niektórzy oczyma wyobraźni widzą tam z siebie celebrujących magię poranku na balkonie z kurosantem i książką w ręku (ja).

Żałuję, że nie udało nam się zajrzeć do Teatru Zdrojowego (po tych zdjęciach wnoszę, że raczej warto). Zresztą wyobraźcie sobie sytuację: jesteście w sanatorium, w dzień zażywacie słonecznych kąpieli, a wieczorami wybieracie się do miejscowego teatru, gdzie w foyer przy filiżance aromatycznej herbaty z aktorami, którzy dopiero co zstąpili ze sceny, rozprawiacie o sztuce wysokiej. I o życiu. Nie wiem czy taką wizję pobytu w Szczawnie roztaczali przed sobą: Zygmunt Krasiński, Jan Brzechwa, Jarosław Iwaszkiewicz czy Narcyza Żmichowska, ale jedno jest pewne – klimat tego miejsca fascynował ich na tyle, że to właśnie to, dziś dolnośląskie miasto wybierali jako cel leczniczych kuracji.

I trudno im się dziwić – spacerując willowymi alejkami, co chwilę zatrzymując się przy coraz to urodziwszych domostwach, totalnie przepadłam. Umarłam z zachwytu i śmiejcie się – ale pierwsze, co zrobiłam po powrocie do domu, to przewertowałam Internet w poszukiwaniu uroczych czterech kątów na sprzedaż.

Przy najbliższej nadarzającej się okazji, odwiedźcie Szczawno-Zdrój, a zrozumiecie mój zapał.

(No i kto by pomyślał, że przyjdzie mi myśleć o sobie w kategoriach rozmarzonej kuracjuszki.)

(Za dużo świeżego powietrza).

DSC_0001 DSC_0002 DSC_0056 DSC_0057 DSC_0068 DSC_0103

DSC_0104 DSC_0125 DSC_0140 DSC_0161 DSC_0172

DSC_0181

DSC_0177

DSC_0175
DSC_0104
DSC_0094

DSC_0099

DSC_0106

DSC_0148