Nie należę do osób skąpych ani też przesadnie rozrzutnych, choć prędzej widzę się w roli autorki książki Jak wydać pensję w dwa dni niż Droga do amiszostwa – czyli jak mieć na koncie pieniądze tydzień przed kolejną wypłatą.
Rzadko kiedy też popadam w marazm z powodu zrobionych zakupów, ale trzeba przyznać, że zdarzają się rzeczy, których tak nie używam, że aż mi ich szkoda.
Trochę mi smutno panie, że wydałam hajs na:
– szynę relaksacyjną na zęby – jestem tym przykrym typem człowieka, który zgrzyta zębami i zaciska zbyt mocno przez sen szczękę, prowadząc się tym samym do zguby, a później wydaje miliony na dentystę (przysięgam, tyle, co monet zostawiłam u stomatologa, to kupiłabym sobie nowe Audi A5). No więc w końcu szarpnęłam się i wydałam 300 zł na ten antykoncepcyjny kaganiec na usta. No i nie podchodzi mi relacja z nim – od roku czasu założyłam go dosłownie raz, ale co to była za noc! Budziłam się co pół godziny z wizją dławienia się oraz śmierci łóżeczkowej.
Podziękowałam.
– piżamę – mam 27 lat, a moja mama nadal wierzy, że się nawrócę. Przepraszam, ale nie. Piżama to jakiś pomiot szatana, zbroja, morderstwo na ciele i nawet najładniejsza sprawia, że czuję się jak własna Oma.
– deskę do krojenia ziół – kupiłam ją pod wpływem emocji bądź jajeczkowania, w jednym z tych dni, kiedy oznajmiłam sobie i światu, że będę odżywiać się zdrowo, bez tych sztucznych przypraw i konserwantów.
Jasne.
– najnowszy numer Harper’s Bazaar – wartościowego tekstu tam tyle, co kot napłakał, za to stylówek za milion dukatów godnych Grażyny z korpo oraz reklam produktów z wyższej półki całe mnóstwo. Człowiek przeleci wzrokiem w 5 minut cały periodyk i potem nie wie, co z taką wiedzą poczynić.Czy rozdawać ją na lewo i prawo przechodniom?
Czy też napisać o niej na blogu?
