Zdradzę Wam coś: 550 km na wschód od Wrocławia znajduje się polska Nowa Zelandia.
Mówili, jak pięknie w tej głuszy. Że się zakocham, mówili. Nie kłamali.
Weekend majowy spędziłam w Bieszczadach, w Wetlinie.
Choć lał się pot i krew, my – piechurzy Internetu, przemierzający każdego dnia kilobajty wirtualnych przestrzeni, zdobyliśmy Połoninę Wetlińską i Chatkę Puchatka. Stołowaliśmy się w Chacie Wędrowca, gdzie nasz Hank Moody Kardyś rozkruszał serca wszystkich kelnerek (zresztą, której normalnej kobiecie nie miękną kolana na jego widok?), jedliśmy obłędne naleśniki i placki po węgiersku w Bacówce. Piliśmy wina z najniższej półki (to ja), a chińskie zupki jeszcze nigdy nie smakowały nam tak dobrze (Szymon :*), szczególnie jedzone na spółę, na kocu z ludzkich włosów i wełny.
Przekraczaliśmy własną strefę komfortu, kąpiąc się w brodziku z zatkanym syfonem/obnażając przed innymi swą intymność w łaźni/chodząc 4 dni pod rząd w jednym outficie. Tarzaliśmy się ze śmiechu od rana do wieczora – wariaci z mojego pokoju (Tatt, Daria, Szymon, Dawid, Paweł, Adrian) pluli w twarz Chodakowskiej – na mięśnie mojego brzucha tylko oni mieli zbawienny wpływ, influencerzy pieprzeni.
Niektórzy czekinowali się pod kołdrą, inni grali w Jengę (dwa razy dałam ciała, zyskując tym samym miano pedała), a jeszcze inni czytali na głos powieść Murakamiego. Chcieliśmy być ludźmi czynu, czyniliśmy więc obłędne grille (po kolacji w wykonaniu Pati i Tomka, każdy z nas był weganem). Żartowaliśmy z RMF Rzeszów, twierdząc, że na Podkarpacie dotarł dopiero DJ Bobo. Podczas 9h podróży opowiedzieliśmy sobie nawzajem połowę własnych życiorysów. I wzięliśmy na stopa laskę, która miała być dupą, a była bez zęba na przedzie.
Grzeszyliśmy w mowie i w uczynku.
Oraz zaniedbaniem.
Pierwszy raz w życiu byliśmy dla siebie wyżej w hierarchii społecznej od urządzeń marki Apple.
I to nie tylko dlatego, że w Wetlinie nie było akurat zasięgu.
Przyjaźń prawdziwa. Czy to normalne, czy to poważne, czy to pożyteczne?
Co świat ma z ludzi, którzy świata poza sobą nie widzą?*
*parafraza wiersza „Miłość szczęśliwa” W.Szymborskiej
fot. Adrian Kilar, Paweł Bielecki
PS Na wyjeździe powstała nawet etiuda filmowa Pisk ciszy. Adrian, jesteś moim bogiem.















