KULTURA CIAŁA

kaboompics.com_Eucalyptus bouquet
fot. Kaboompics

Wychodzę z gabinetu lekarskiego uboższa o kilka stów, bogatsza o kilka potencjalnych schorzeń. Wtem, do mych uszu dociera rozmowa jednej z czekających na wizytę pań – ładna brunetka bezpardonowo wzdycha do słuchawki swojego telefonu, mówiąc, że właśnie czeka na wizytę u szperacza. SŁUCHAM?!

Ja wiem, że kobiety mają naprawdę gorzej. Już nawet nie chcę mówić o tych wszystkich ro(z)krocznych wizytach u lekarza, przed którym trzeba świecić gołym tyłkiem i wraz z bielizną pozbywać się resztek godności, ale weźmy choćby samo specjalistyczne słownictwo: nieródka, pierworódka, nadżerka, rzucawka porodowa no i taki, za przeproszeniem srom. Do kompletu brakuje już tylko ginekolożycy, by grozy stało się zadość. I wiem, że sama instytucja ginekologiczno-położnicza jest już na tyle przerażająca, że choć słowa ją okalające mogłyby być bardziej pocieszne. Albo te wszystkie przyrządy lekarskie bliższe normalnemu człowiekowi, aniżeli scenografii serialu Dexter. Ale żeby gmeracz, hydraulik, doktor oczko? Ja wiem, że żyjemy w kraju, w którym co trzecia osoba purpurowi się na sam dźwięk wyrazu kondom, ale litości – ginekolog, to ginekolog, żaden Pan Gmeracz ani Gienek, co najwyżej swojski i przyjacielski gin.

Poza tym, nie sądzicie, że nazywanie swoich organów rozrodczych imionami żeńskimi to również lekka przesada? Że za Kaśkę, Bożenę, Gabryśkę i Żanetę powinno iść się do więzienia i spędzić resztę życia w pasiaku obok zabójczyń i złodziejek? Zdaje się, że niektóre panie zbyt dosłownie wzięły do siebie powiedzenie, by rzeczy nazywać po imieniu (choć z dwojga złego już wolę te imiona od muszelek, bobrów i brzoskwinek). Kto to widział, by w cywilizowanym świecie antropomorfizować swoje waginy? Jeszcze trochę to wymyślimy im nazwiska i poślemy na uniwersytety! I potem wchodząc do takiej poczekalni u lekarza nie wiem, czy jest tu nas tylko cztery, czy liczyć już jako osiem? Jak się przywitać, by żadnej koleżanki nie pominąć, nie urazić swoim nietaktem? Komu pierwszemu podać rękę? (Przepraszam, zagalopowałam się).

Taki obrót sytuacji wyjaśnia mi jednak jedną kluczową kwestię – dlaczego niektóre panie zajmują w autobusie aż dwa miejsca, dziarsko cisnąc swoją parcianą torbę na siedzenie obok. Zawsze myślałam, że to z powodu otyłości, homofobii lub wrodzonego egoizmu. Teraz już wiem, że to najczystszy akt przyjaźni z własnym ciałem, wyraz niepohamowanego szacunku do własnej kobiecości, manifest jedności i zrozumienia dla ludzkiej natury, pakt łączący mózg z bezą.

Co i tak nie zmienia faktu, że babska, które mordują mnie wzrokiem, kiedy symbolicznie półdupkiem próbuję przybrać pozę siedzącą, a półgębkiem wyrazić swoją skruchę, ogromnie mnie denerwują.

Dlatego, ja tu, z tego miejsca drogie panie, apeluję.

Precz ze spiętymi brochami!


Podobne wpisy: O zdrobnieniach | Język w sieci