Party School

Dziś będzie o evencie zachęcającym do przedwczesnych kontaktów seksualnych, zwanym potocznie szkolną dyskoteką.

Ten klimat przyciemnionej sali gimnastycznej, urządzeń do wykonywania ćwiczeń fizycznych niedbale skrytych pod girlandami z bibuły. Och, to było coś na miarę święta. Cały miesiąc wyczekiwało się tego dnia, cały czas w gotowości, byle tylko nie dostać żadnej gały z matmy, za którą rodzice urządziliby wojnę domową, a myśl o dyskotece pozostałaby tylko marzeniem. 
Wreszcie nadszedł ten dzień. Przygotowaniom nie było końca: nanoszenie na rzęsy bezbarwnego tuszu-odżywki, spryskiwanie obficie szyi i ubrań perfumami Avon, przebieranie się na klatce schodowej i ten zawód, że przed wejściem na salę gimnastyczną będzie trzeba zmienić obuwie na tenisówki. To psuło cały, układany godzinami podczas języka polskiego, misterny outfit. Ale już, pieczątka na nadgarstku się zgadza, wchodzimy.
Zanim dostaniemy się do sali, w naszych głowach pojawi się kilka niecenzuralnych słów na widok skąpiej ubranych koleżanek, kilka zawałów mięśnia sercowego podczas mijania się z naszym obiektem westchnień i kilka chwil grozy, kiedy wydaje ci się, że Ulka ma tę samą bluzkę co ty (och zresztą to niemożliwe – twoja przeszła domowej roboty obróbkę skrawaniem  – wtedy jesteś przekonana, że to odpowiednie określenie).
No i zaczynają się tańce i swawole. Pierwsze piosenki należy naturalnie odczekać, bawią się przy nich tylko leszcze i lamusy. Później można wkroczyć do akcji. Jeśli myślisz, że możesz stanąć w dowolnym miejscu, to chyba nie znasz savoir-vivre’u szkolnej dyski. Ta operacja nosi kryptonim 'zdobyć M.’, a jej strategia była obmyślana przez wielu szpiegów podczas jeszcze większej liczby godzin zwolnienia z WF-u. A więc tańczycie, powoli acz efektywnie przesuwając się w kierunku obiektu westchnień. Z parkietu nie schodzi się nigdy, to objaw słabości. No, ok – przy Ich troje należy ostentacyjnie odsunąć się na bok, zresztą, zrobią to wszyscy, więc wyluzuj, na pewno wyczujesz ten moment. Złapała cię kolka? Zwolnij tempo mała, ale nawet nie waż się dokonywać towarzyskiego samobójstwa, stając pod ścianą.
I nagle nastaje to, na co czeka cała szkoła. Didżej, którym notabene jest ojciec jednego z uczniów, zapuszcza wolną piosenkę. I wtedy dzieje się magia. Wszyscy usuwają się na boki, czekając na swoje zaproszenie do tańca godowego. Emocje sięgają zenitu (podejdzie czy nie?), pierwsze pary już dumnie defilują na parkiet, a ty nadal czekasz. I wtedy z tłumu wychodzi on. Zmierza w twoim kierunku, koleżanka z podniecenia pociąga cię za rękaw; pięć godzin temu walczyłaś z piłką lekarską, teraz musisz zawalczyć o uwagę mężczyzny. W myślach powtarzasz (Oh Lord, I want to sin!, wróćmy – wypowiadasz to jednak w języku polskim, w wieku 14 lat, twój angielski nie jest jeszcze tak zaawansowany. W tym miejscu przyjdzie nam wspólnie przeprosić czytelników, bo jednak: Och Panie, jak bardzo chcę zgrzeszyć brzmi znacznie bardziej plebejsko, ale co zrobić, trzymajmy się faktów). On wciąż  idzie (jak w tandetnych filmach widzisz to w zwolnionym tempie), piosenka zbliża się już niebezpiecznie do pierwszego refrenu, a ty do kurwy nędzy, nadal stoisz pod tą ścianą. Ale idzie. Zerknął nawet na ciebie spod grzywy. Dziś powiedziałabyś sobie w myślach hashtag #tylewygrać, wtedy co najwyżej mogłaś się postarać, by z radości nie popuścić w majtki. Rzut za trzy, myślisz sobie z dumą o tym, jakie za chwilę odniesiesz zwycięstwo. Jednak piłka nie trafia do kosza, odbija się od tarczy i ląduje metr od ciebie, u stóp innej dziewczyny. 
Za niebieskimi oczami gromadzi się kubeł zimnej wody, a serce wykonuje niebezpieczne salto. Twoja biba właśnie dobiegła końca. Dziś już wiesz, że wystarczyło M. zakomunikować chociaż o swoim istnieniu, a historia świata potoczyłaby się inaczej. 
Od tamtej pory nie puszczasz okazji płazem.