Ostatnie kilka dni spędziłam w Londynie. Zaczęło się dosyć standardowo: pewnego dnia trafiłam na tanie bilety lotnicze, zamówiłam je i na jakiś czas zapomniałam o temacie. Nadszedł maj, działania logistyczne zostały poczynione, pies zostawiony pod odpowiednią opieką, a my zwarci i gotowi ruszyliśmy na podbój kolejnego kraju. W końcu nadszedł ten dzień, w którym przestałam czuć się wykluczona, przez całe życie myślałam nawet, że jestem ostatnią Polką, która nie była w UK (no bo jak to, być Polakiem i nie widzieć jeszcze Londynu?).
Nasza podróż zaczęła się od wyprawy Polskim Busem do Warszawy. Męcząca sprawa, ale jesteśmy młodzi, nie dla nas takie bariery. Na miejscu byliśmy dopiero ok. godziny 21.00 i po odnalezieniu miejsca naszego noclegu byliśmy już dosyć zmęczeni, starczyło nam jednak siły na chwilę rozmowy z ludźmi z Włoch, Brazylii i Niemiec, którzy wynajmowali pokoje w tym samym apartamencie (to słowo to oczywiście ogromne nadużycie), co my. Nie obeszło się bez przygód – tej samej nocy zatrzasnęliśmy sobie klucze w pokoju. Zostaliśmy bez telefonów i …. bez ubrań (tak, tak – wychodziliśmy właśnie spod prysznica, kiedy odkryliśmy ten fakt) :) Zmęczenie + stres dały się we znaki, wizja spędzenia nocy w kuchni też nie wydawała się specjalna inspirująca, ale na szczęście dosyć szybko udało nam się wyjść z opresji, sposobem, o którym nie śniło się nawet filozofom.
Następnego dnia, o godz. 9.00 rano z naszym całym dobytkiem (polecieliśmy tylko z bagażem podręcznym, oszczędność, panie!) ruszyliśmy zwiedzać to osławione i uwielbiane przez miliony miasto. Naszą trasę rozpoczęliśmy od wschodniego Londynu, w okolicach Bethnal Green, skończyliśmy 9 godzin później na Paddington Station, skąd udaliśmy się metrem na Waterloo. Jako rasowi piechurzy przeszliśmy na nogach ok. 25 kilometrów, robiąc większe i mniejsze przystanki. Efekt? Udało nam się pobieżnie zwiedzić niemal całą I strefę. Nogi odmawiały już posłuszeństwa, ale nie lubimy zwiedzać miasta podróżując komunikacją miejską od punktu A do punktu B. Znacznie ciekawsze od podziwiania ścian w metrze, jest spacerowanie, błądzenie i odkrywanie. Tak też uczyniliśmy w Londynie. Nie mieliśmy planu z wypisanymi miejscami, które chcemy zobaczyć. Szliśmy przed siebie. Tak zwyczajnie.
Jeśli myślicie, że zmęczenie powaliło nas na tyle, że skończyliśmy na tym nasz dzień, to grubo się mylicie. Po godz. 18.00 udaliśmy się pociągiem do Woking. Tam odebrała nas Riennahera. Bardzo ucieszyłam się z tego spotkania, bo ostatni (i zarazem pierwszy) raz widziałyśmy się w październiku na BFG. Zdążyłam się już przez ten czas za nią stęsknić. Tym razem zobaczyłam, gdzie i jak mieszka oraz poznałam jej chłopaka. Nie zdążyliśmy nawet odsapnąć i szliśmy już do pobliskiego pubu, aby zakosztować nocnego życia w UK. Fajna sprawa. Ostatecznie zakończyliśmy ten dzień grubo po północy, sącząc wyborne drinki, rozmawiając, śmiejąc się i robiąc różne dziwne rzeczy. Lubię ludzi, którzy mają absurdalne poczucie humoru. Rien na pewno je ma (tak, pamiętam, jak nazywasz swoją pralnię).
Kolejnego dnia wróciliśmy do Londynu, odkryć miejsca, których nie udało nam się zobaczyć dnia poprzedniego. Były wśród nich miejsca typowo turystyczne (nie polecam – mnóstwo ludzi, a same budynki nie robią na żywo wrażenia), jak i te oddalone od tłumów, ciche i spokojne uliczki z pięknymi domami, uroczymi kawiarniami czy inspirującymi sklepami.
Przy okazji: wielki FAIL dla Harrodsa, w którym w dziale dla zwierząt sprzedawane są psy. Żywe. Siedzą w przeszklonych klatkach i są główną atrakcją klientów tego piętra. Widziałam już analogiczne sklepy zoologiczne w Singapurze, jednak reklamujący się jako luksusowy dom towarowy Harrods, nie powinien stosować tego typu zabiegów.
Oraz: nie polecam serwisu wimdu.com (wiem, że kilku blogerów promowało ten serwis). Trzykrotnie przejechałam się na niezorganizowaniu/braku uczciwości osób, które oferowały tam swoje mieszkania. Myślę, że do osób zarządzających serwisem należy weryfikacja swoich użytkowników i dopilnowanie, by wszystko odbywało się sprawnie.
Przez cały pobyt tutaj, zastanawiałam się, co właściwie sądzę o Londynie. Wiem, że w ciągu 2 (acz intensywnych) dni, nie da się poznać tego miasta nawet w małym procencie, ale istnieje coś takiego, jak pierwsze wrażenie i Londyn w moich oczach nie spisał się na medal. No Nowy Jork to to nie jest. Z pewnością jest tu wiele inspirujących i ciekawych miejsc (na widok niektórych przystawałam i chciałam tam z miejsca zamieszkać), mnóstwo możliwości, ale jak dla mnie Londyn nie ma jakiegoś specjalnego klimatu. Może, po opowieściach znajomych, miałam zbyt duże oczekiwania wobec tego miasta, może niepotrzebnie porównuję je w głowie do ukochanego Nowego Jorku. Mam jednak wrażenie, że wiele zachwytów na temat stolicy Anglii jest po prostu wyolbrzymiona.
fot. Paweł
Dzięki za uwagę, niebawem ruszam znowu. Tym razem w nieco cieplejsze miejsce.




















