ALICE MUNRO – MIŁOŚĆ DOBREJ KOBIETY

 

Nie wiem czy wypada recenzować książkę, której właściwie się nie przeczytało, ale może to właśnie wskazanie trudności z przebrnięciem przez kilkadziesiąt stron powinno być wystarczająco wymowną opinią? Tak czy siak – w tej notce tegoroczna noblistka dostaje ode mnie po głowie.Za Munro zabierałam się kilka razy – dwukrotnie tuliłam ją już w swoich ramionach, udając się do sklepowej kasy. Za każdym razem coś stawało nam jednak na przeszkodzie i ostatecznie z księgarni wychodziłam z innym towarzyszem wieczornych posiedzeń. Gdybym była podejrzliwa, uznałabym tamte wydarzenia za znak, daleka jestem jednak od filozofii przypadku.

Trochę wstyd, ale do zapoznania się z twórczością tej kanadyjskiej pisarki skłoniła mnie dopiero wieść o tegorocznej Nagrodzie Nobla, którą przed kilkoma tygodniami udało się zdobyć Munro. Mam słabość do co najmniej dwóch noblistek (Jelinek, Szymborska), stwierdziłam więc, że gra warta jest świeczki. Z informacji znalezionych w Internecie (przed lekturą lubię zapoznać się z elementami biografii i twórczości danego pisarza, by poznać szerszy kontekst), zdołałam wyczytać, że mam prawdopodobnie do czynienia z mistrzynią krótkiej formy, cat-woman w świecie literatury. Po serii pochlebnych komentarzy: „Mistrzowskie, cudowne i wstrząsająco prawdziwe” Wall Street Journal, „Wielkie tematy – miłość i śmierć, namiętność i zdrada, nadzieje i rozczarowania – w bezpretensjonalnej, ale zarazem rozdzierającej prozie” The San Diego Union-Tribune” moje oczekiwania wciąż rosły.

Tak więc pewnego wieczoru wzięłam do łóżka Alice, autorkę znaną szerszej publiczności stosunkowo od niedawna w naszym kraju (za tłumaczenie jej książek wzięto się u nas dopiero w 2009 roku, choć pierwszą książkę wydała w 1968 r.) i wyraziłam chęć na wspólną przygodę.

Miłość dobrej kobiety to zbiór ośmiu opowiadań o kobietach i problemach, z którymi przyszło im się zmierzyć: „Jej bohaterki muszą sobie radzić z niejednoznacznością własnych uczuć, z wewnętrznymi konfliktami, z rozdźwiękiem między tym, czego chcą, a tym, co muszą. Jest tak z wkraczającą w dorosłość mężatką, która szuka swojego miejsca w życiu, jest tak z młodą kobietą, która przyjeżdża na wakacje do matki, ale nie potrafi z nią wytrzymać, bo ma w sobie zbyt dużo goryczy i żalu. Miłość kobiet przyjmuje rozmaite formy: uczucia matki do córki, dziecka do dorosłego, żony do męża, przyjaciółki do przyjaciółki – Munro pokazuje je wszystkie z niezwykłą wnikliwością, odsłaniając głębię i zawiłość zwyczajnego życia oraz siłę emocji, które wiążą ludzi ze sobą na nieskończenie różnorodne sposoby”.

Uwielbiam krótkie formy, jednak w przypadku tej książki nawet ulubiony gatunek nie ugasił goryczy po mało smacznej strawie. Z trudem udało mi się dotrzeć do końca pierwszego, tytułowego opowiadania i była to zarazem jedyna historia, którą przeczytałam w całości. Jako że nie lubię się poddawać, zmierzyłam się jeszcze z dwoma opowiastkami. Na nic zdały się jednak moje heroiczne chęci – po kilkunastu stronach każdej z nich byłam tak znużona i zmęczona, że marzyłam tylko o tym, by rzucić książką o ścianę – męczenie się z lekturą mija się z moją definicją czytania.
Nie myślcie sobie jednak, że Munro złą pisarką jest. Nie. Pisze bardzo poprawnie i przyzwoicie, nieźle buduje postaci i potrafi zaskoczyć czytelnika. W moim przypadku problemem okazała się właśnie bezpretensjonalność jej języka. Nie ukrywam, że w literaturze pierwszorzędną rolę odgrywa dla mnie język, nie fabuła – nawet najciekawsza historia opisana mdło nie ma u mnie szans. Znacznie bardziej cenię sobie banalne opowieści, ale napisane w brawurowym stylu. Jeśli inaczej zapatrujecie się na tę kwestię, nie jest wykluczone, że w przeciwieństwie do mnie zaprzyjaźnicie się z Alice Munro.

Z tej nudnej lektury wyciągnęłam jednak dwa wnioski: 1) bez wyrzutów sumienia odłożyłam książkę na półkę, bez wewnętrznego przymusu doczytania jej do końca, 2) jeśli tacy pisarze, jak Munro dostają Nagrodę Nobla, świetlana przyszłość przede mną.

Gdybym została poproszona o napisanie komentarza na obwolutę książki, byłoby to mniej więcej coś w stylu: „Nie urywa dupy”, niech więc będzie to dla Was drogowskazem przy zabieraniu się za tę pozycję. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dała pisarce jeszcze jednej szansy. Będę wdzięczna za wszelkie porady odnośnie wyboru odpowiedniej książki.