Dzisiaj będzie trochę bardziej kulinarnie. Po zejściu z Hradczanów (patrz: Praga cz. I), udajemy się na drugą stronę rzeki, do Starego Miasta. Mogłabym napisać, że błądzimy zawiłymi, wąskimi uliczkami, ale idąc bez celu, zbaczanie z trasy jest chyba jak najbardziej na miejscu. Mijamy mnóstwo uroczych kawiarni i knajpek (w duchu cieszę się, że we Wrocławiu aż tylu nie ma, bo miałabym poważne problemy z decyzją, gdzie się wybrać na obiad. ba, już mam) i trafiamy do BAKESHOP przy ul. Kozi 1. Wybór słodkości jest tu ogromny, wnętrze jest bardzo przytulne, obsługa miła – ale polecam wizytę w tej kawiarni raczej z rana. Byliśmy tam jeszcze raz po południu i tłum zabił magię tego miejsca.
Jakąś godzinę spędzamy na Rynku Staromiejskim. Wychodzi już słońce, więc bardzo przyjemnie siedzi nam się na ławce. Odpoczywamy, czerpiemy energię do dalszego zwiedzania, obserwujemy turystów (mnóstwo Hiszpanów!) i zajadamy się tradycyjnym czeskim przysmakiem trdlo (pycha!).
Nie byłabym sobą, gdybym będąc w Czechach nie zjadła miodownika, zwanego również plackiem czeskim. Na szczęście można było go dostać w niemal każdej kawiarni i cukierni, co u nas takim oczywistym znowuż nie jest.
Na mini-lunch trafiamy do Bohemia Bagel przy ul. Masna 2, gdzie spożywamy bajgle. Ten rodzaj posiłku chyba na zawsze będzie mi się kojarzył ze śniadaniami w Nowym Jorku, ale muszę przyznać, że czeska knajpa również dała radę. Mój bajgiel z bekonem, jajkiem i cheddarem był przepyszny.
W komentarzach pod notką oraz na wielu forach internetowych naczytałam się wspaniałości o restauracji Havelska Koruna. Faktycznie, ceny mieli może stosunkowo niskie, ale zapach typowej stołówki zniechęcił mnie na tyle, że nie skorzystaliśmy z ich oferty. Wylądowaliśmy za to w innym miejscu (nie pamiętam nazwy), gdzie skusiliśmy się na mięso wieprzowe + knedliki ziemniaczane. Danie było dosyć smaczne, ale obowiązek uiszczenia napiwku dla niezbyt rozgarniętej obsługi pozostawił jednak niesmak (myślałam, że takie rzeczy, to tylko w US).
Kreciki atakują! Z co drugiej wystawy na ulicę zerkają poczciwe 'Krteki’ – i o ile ta kultowa postać z bajki zawsze budziła mój uśmiech, o tyle milion sklepików z kiczowatymi pamiątkami, jakoś nie. Zdecydowanie te kramy z czapkami i koszulkami 'I love Prague’ nie pasują do klimatu miasta…
Późnym popołudniem wybieramy się na Nove Mesto, gdzie mieści się m.in. Vaclavskie Namesti. Plac Wacława porównywany jest do Pól Elizejskich, ale jak dla mnie nie ma tam nic fajnego. Nowe miasto pokazuje Pragę jako europejską stolicę, już nie to urocze miasto z piękną Starówką, ale nowoczesną metropolię z drogimi sklepami. Na jedyny plus tego miejsca zasługuje Lucerna i kolejna rzeźba, której autorem jest David Cerny.
Wizytę w Pradze wykorzystujemy również na konsumpcję absyntu. Nie, żebyśmy nie pili tego trunku wcześniej, ale fajnie napić się go w miejscu, gdzie jest profesjonalnie przygotowany i podany. Absynterium jest naprawdę klimatycznym miejscem do tego typu, nowych doświadczeń.
fot. Paweł
To chyba na tyle… żegnaj Prago!
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)