Dziennik zakrapiany rumem – recenzja



Trailer sprawił, że z biegu, w kapciach miałam ochotę biec do kina. Obiecywał tonę inspiracji, niesamowity klimat no i Deppa w najokazalszej postaci. Jeśli nie dane Wam było obejrzeć jeszcze tej produkcji, proponuję poprzestać na zwiastunie.

Wraz z nieśpiesznie wypijanymi drinkami, które średnio co pięć minut sączyli główni bohaterowie, równie powoli rozwijała się fabuła. Właściwie jeszcze 9 minut przed zakończeniem miałam nadzieję na jakiś zwrot akcji, mega uniesienie, zaskoczenie, puentę. Niestety w tym filmie trwa wieczna sjesta. Nie wiem czy reżyser tak się wyluzował, był pod wpływem tytułowego rumu czy z nudów usnął w połowie zdjęć i resztę zrobili za niego stażyści, ale ostatecznie produkcja jest bardzo słaba i sytuacji nie ratuje nawet Johny Depp (mówię to ja, jego wielka fanka).
Co prawda na Facebooku pisaliście mi (a to prawie jak doniesienia z zagranicznej prasy!), że film jest kiepski. Gdybym Was posłuchała, znacznie ciekawiej spędziłabym ostatnie 1.5 godziny… A tak, nuda panie, nuda. I w dodatku   kac.