January 2

koszula: choies, spodnie: zara, buty: t.hilfiger, torebka: carpisa

Zdarza mi się zarzucić na bloga mega nostalgiczne teksty oraz zdjęcia, na których wyglądam jakbym jednak nie przeżyła końca świata, I know. Gdybyście mieli wątpliwości czy jestem pod wpływem kojącej lektury jakiego Paula Coelho czy innego Wróżbity Macieja, to pragnę donieść, że nie. Co prawda przez święta naoglądałam się w domu TVN Style (satelita, bogactwo i te sprawy) i wiem już jak dyscyplinować krnąbrnego psa, w jaki sposób myć zęby, jak wzorem Ukraińców żyć w przepychu oraz widziałam, jak Dżoana Krupa jest bita przez koleżankę z Miami (w tym momencie nie wytrzymałam, załkałam cicho i wyłączyłam telewizor), później pozostała mi już tylko sromota i weltschmerz i słuchanie tej piosenki zespołu Poparzeni Kawą Trzy, ale zaręczam, że wszystko ze mną ok. 
Dziś w ramach inspiracji powiedzeniem: „Codziennie rób jedną rzecz, której się boisz” padło na parkowanie tyłem. Rozumiem, że dla normalnych ludzi to żaden wyczyn, ale dla mnie to skill wyższego stopnia, posunięcie heroiczne godne państwowego odznaczenia (to jeszcze śmieszne czy już przykre?). Nie wiem czego podejmę się jutro, ale na horyzoncie czają się jeszcze co najmniej dwa wyzwania: pokonanie strachu przed wc w pociągu (zresztą, kto się ich nie boi) oraz opanowanie paniki przed pobieraniem krwi. Jeżeli codziennie będę również przełamywać opór przed urządzeniami kuchennymi, jest szansa, że pod koniec roku Magda Gessler, Ramsay i inne masterszefy będą mogły mi naskoczyć. Z drugiej strony ktoś będzie musiał przejąć wtedy schedę po ChPD, a takich tytułów chyba nie oddaje się dobrowolnie.