Wiedeń, piękny jak z pocztówki, wypina dumnie swą pierś w kierunku obiektywów aparatów fotograficznych. Zaprasza na małą Milchkaffe i malinowego rogalika do Kaffe Melange.
Stroszy pióra i puszcza oko z zabytkowych witryn sklepów renomowanych marek. Zróbcie tylko jeden krok w dół, zjedźcie ruchomymi schodami na stację metra, a ujrzycie Wiedeń brudny, śmierdzący i zakurzony. Europejska stolica podziwiana z wysokości przyziemia, małych okien zatęchłych suteren, z perspektywy jaśniejącej nocy, kiedy brukowanymi uliczkami przechadzają się już tylko szczury i bezdomne psy, nie ma w sobie za grosz kultury.
To w pierwszej kolejności tu, do tej austriackiej stolicy radioaktywnych gołębi Witkowski przyciąga głównych bohaterów swojej najnowszej powieści. Diankę i Michaśkę wyciąga za szmaty z ich nędznej podróby świata, zwanej Kołem czy innym Koninem. Dawajcie tu, na zachód. Tu jest prawdziwe życie, prawdziwy raj. Ściąga ich za włosy do parteru, a dokładnie do dworcowych szaletów i spelun, gdzie jako żywy towar świadczą usługi seksualne.
Wyższość, chęć poniżania. Ludzie bardzo rzadko płacą za sam seks.
Głównym wątkiem powieści Fynf und cfancyś jest szeroko pojęty temat prostytucji męskiej i przyznam, że ta pierwsza warstwa fabularna najmniej mnie zainteresowała. Pomiędzy dość naturalistycznymi opisami i tajnikami cielesnego fachu, pisarz przemyca jednak dość uniwersalne spostrzeżenia dotyczące ogólnej kondycji człowieka, kapitalizmu, nierówności społecznej. Grubą krechą oddziela to, co słowiańskie, od tego, co zachodnie (Oglądanie wiadomości ze świata zawsze bardzo uspokaja Szwajcarów. Wszędzie jest biedniej.) Przywary wschodu prezentując niczym bezpardonową lukę w uzębieniu.
Pieniądze leczą ze wstydu.
Oprócz oczywistych przygód weneryczno-seksualnych głównych bohaterów, Witkowski prezentuje cały przekrój osobowości, miasta akcji (Wiedeń, Monachium, Zurych) czyniąc tym samym przechowalnią ludzkich pragnień, niespełnionych nadziei; kreując świat, w którym nie można już robić nic innego, jak tylko pić i palić, do końca świata.
Stanisław Korab-Brzozowski byłby zachwycony tym dekadenckim pejzażem upadku.
Podsumowując: przyzwoita lektura do przyswojenia w dwa zimowe wieczory. Plus za ładną okładkę.