OKŁADKI KSIĄŻEK

Nie oceniam książki po okładce, ale nie zaszkodzi, by ta była ładna. Albo chociaż estetyczna. I na boga, nie mówmy, że to nie jest ważne!

Na początku tego roku Mariusz Szczygieł w reakcji na okładkę książki W ogrodzie bestii Erika Larsona, wystosował na łamach Dużego Formatu apel do właścicielki wydawnictwa Sonia Draga: Kochana Soniu Draga, wiem, że wydajesz Dana Browna i na Twojej stronie WWW słowa „PRZERAŻAJĄCY”, „PIEKŁO”, „THRILLER”, „APOKALIPTYCZNY” są błogosławione między słowami i podświetlone na złoto, żeby kopulować z naszym wzrokiem. Wiem, że wydajesz książki, dzięki którym masy Polaków przekonują się, że czytanie nie boli. Ale – please – wydawaj po dwie wersje okładkowe: dla estetycznych przymułów i dla nas. Bo szkoda wybitnych książek, Larson to nie Brown przecież. 

Może pomyślicie, że to niemądre – ale i dla mnie duże znaczenie ma graficzna oprawa książki. Nie jest to kryterium, którym się kieruję (no dobra, czasem i przeważnie w przypadku nieznanych mi pisarzy), ale podczas wizyty w księgarni, jeśli tylko nie wybieram się tam w konkretnym celu, w pierwszej kolejności zwracam uwagę właśnie na ładnie wydane książki. Okładka wcale nie musi być krzykliwa, by złapać mój wzrok, wręcz przeciwnie – może kusić intrygującym minimalizmem lub tajemniczością. Oczywiście rzecz ma się zupełnie inaczej w przypadku ulubionego autora – wtedy niech to będzie nawet najszkaradniejsze wydanie, zagryzę zęby i je kupię. Są jednak wydawnictwa, które potrafią zadbać o atrakcyjne opakowanie dla książki: nieustannie zachwycają mnie wydania Dwóch Sióstr, okładki Pawła Jońcy dla Niebieskiej Studni, czy w końcu pojedyncze egzemplarze, na których wpływ mieli sami autorzy (np. O jabłkach, Elizy Mórawskiej). Cieszę się także na wznowienie nakładu serii książek Joanny Bator, bo sama mam tę wersję i nie do końca jestem z tego powodu szczęśliwa.

Nie oceniam książki po okładce, ani po tytule, bo gdybym to czyniła, z pewnością byłabym uboższa o lekturę kilkudziesięciu pozycji. Co nie znaczy, że mnie brzydkie okładki nie bolą, że z miłością zerkam na nie podczas picia popołudniowej herbaty i że obojętna jest mi ich uroda. Czytelna czcionka, estetyczne wydanie, czy w końcu ta nieszczęsna okładka – to nie są rzeczy, które w pojedynku z zawartością mają coś do gadania, ale umówmy się – dodają lekturze smaku.

PS Inspiracją do napisania dzisiejszej notki była okładka książki Taka jestem i już Magdaleny Zawadzkiej, którą na swoim profilu na FB pokazało wczoraj Wydawnictwo Marginesy, a ja rozpłynęłam się z zachwytu.

pomysł na wpis (960x654)