Listopad zeszłego roku. Po kolejnym tygodniu, który okazał się plagiatem poprzedniego, a tamten ślepo naśladował swoich poprzedników, powiedziałam basta, a ponieważ bywam szalona, wymyśliłam, że przeprowadzamy się do Berlina. A co! Byłam łaskawa poinformować o tym mojego życiowego partnera, który przystał na tę opcję, gdyż równie zwariowany z niego zawodnik, krejzol bym nawet rzekła, ale jest spora szansa, że narażę się tym samym na językowe faux pas.
No więc najpierw zaplanowałam swoje życie od nowa, a później wcieliłam plany w ruch. Doszło do tego, że w styczniu miałam wypowiedziane mieszkanie w Polsce, spakowane manatki i nową pracę w międzynarodowej firmie. W międzyczasie rozglądałam się za nowym lokum (okazuje się, że jeśli jesteś obcokrajowcem, ze znalezieniem mieszkania może być kiepsko, jeśli natomiast jesteś obcokrajowcem freelancerem i w dodatku twoim członkiem rodziny jest czworonóg, twoje szanse na przytulenie czterech kątów w Berlinie spadają do zera). Dwa tygodnie przed samym wyjazdem (nadal bez mieszkania), za to z zachipowanym psem i ekologiczną plakietką na aucie, stwierdziliśmy, że zostajemy. Nawinęło się po drodze kilka kłód z gatunku osobisto-nie-do-przeskoczenia i trochę z żalem, a trochę z poczuciem porażki postanowiliśmy jednak nie opuszczać kraju.
I może gdyby wszystko ułożyło się wtedy inaczej, pisałabym do Was gdzieś z Prenzlauer Berg, nucąc pod nosem Ja, ja, ja, was ist los? Was ist das. Pół roku później jestem jednak przekonana, że wszechświat zrobił wszystko, by zatrzymać nas w Polsce – od początku roku dostaliśmy tak wiele fantastycznych propozycji współpracy, które pozwoliły nam przeskoczyć o kilka stopni do góry w karierze zawodowej, że nawet nie mieliśmy czasu zastanowić się, czy to dobrze, że tak się stało. Na całym zamieszaniu udało nam się jednak skorzystać. Z dwupokojowego mieszkania przenieśliśmy się na 80-metrowe salony (za tę samą cenę), pies zdobył swój pierwszy dokument tożsamości, a moje ego niebezpiecznie urosło po tym, jak okazało się, że nawet na rynku międzynarodowym, z dotychczasowym doświadczeniem i kwalifikacjami, dwa tygodnie i trzy CV później miałam pracę w kieszeni.
I choć nie mamy pod oknem Mustafa’s Kebap, to wciąż jest fajnie.
Ale któż może wiedzieć, co przyniesie listopad tego roku?
(Poza mną, oczywiście)
Na deser bohater dzisiejszego wpisu.














