fot. Paweł
Poranki bywają również piękne. Jak ten, w Nowej Zelandii.
Widmo niedzieli. Niedziela to z założenia taki dzień, którego się nie lubi. To dzień, w którym trzeba mieć naprawdę silną wolę, żeby przed południem zwlec się z łóżka. Ja jej nie mam, ale mój pies ją ma.
Widmo poniedziałku. Mówią, że jaki poniedziałek, bla bla blaaaa.
Widmo poranku. Niesamowicie łatwo wyprowadzić mnie rano z równowagi. Też tak macie?
Idealny poranek to taki dzień, w którym nie rzuca się na ciebie 75-kg dog, na przystanku nie słyszysz od 10-latka, że masz fajną dupę i nie musisz zastanawiać się z tego powodu czy śmiać się czy też płakać, dla odmiany nikt w autobusie nie śmierdzi… Idealny poranek zależy też od tego, jak szybko znajdziesz swoje szkła kontaktowe. Do tego czasu poruszasz się jak we mgle.
Nieidealny poranek. To taki, w którym masło jest zbyt twarde, nie możesz znaleźć suszarki, butów, kluczy. Zegarek bezczelnie i z zawrotną prędkością wytyka ci marnotrawstwo czasu. To taki, w którym użądli cię osa, tak jak mnie dzisiaj. A wtedy oczywiście umierasz, jesteś w szoku, widzisz już siebie w asyście sanitariuszy, w ambulansie, na stole operacyjnym. I tylko szczek psa wyrywa cię z amoku. Patrząc na opuchliznę, wiesz w końcu jak czują się ludzie otyli. Ale żyjesz. Żyjesz!
Nieidealny poranek to taki, kiedy wszystko idzie nie po twojej myśli i nie ma innej opcji: należy z premedytacją się rozpłakać albo wrócić do łóżka i obudzić się ponownie. Jakieś inne pomysły?
