NIKE 2014 || BARGIELSKA, HELBIG

DSC_0069 (1000x667)

Zawsze chciałam to zrobić: przeczytać wszystkie książki nominowane danego roku do nagrody Nike. Trochę z ciekawości, by sprawdzić, jakimi wytycznymi kierują się członkowie Jury, trochę, by mieć pełen ogląd sytuacji i po ogłoszeniu wyników, móc porozmawiać z samą sobą na temat werdyktu.

Nie od dziś wiadomo, że z pozoru prestiżowe konkursy, czy to literackie, czy filmowe, nie są żadnym wyznacznikiem dobrego poziomu, a często zaledwie subiektywnym wyborem garstki wyznaczonych ludzi. Chętnie zmierzę się jednak z tym tematem i z początkiem jesieni przekonam, czy mój gust pokrywa się z opinią specjalistów.

Wydrukowałam sobie zatem listę z wszystkimi nominacjami za rok 2013 (finalistów poznamy na początku września, zwycięzcę w październiku) i ruszyłam do księgarni. Na pierwszy ogień wrzuciłam do koszyka Bargielską, co do której byłam pewna, że co prawda zawyży poziom dalszej lektury, ale i będzie werbalną rozpustą dla mojej głowy, a także Helbig, z którą spotkałam się po raz pierwszy. Czytanie książek zostawiam sobie na weekendy, kiedy to staram się w ogóle nie korzystać z Internetu, nic mnie nie rozprasza i mogę w pełnym skupieniu pobyć z lekturą. Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Poniżej znajdziecie moje przemyślenia na temat przeczytanych książek. Nie nazywałabym ich recenzjami krytyczno-literackimi, raczej emocjami spisanymi na gorąco, na chwilę po zamknięciu ostatnich stron i broń boże nie streszczeniami fabuły (tak bardzo tego w recenzjach nie lubię!).

Justyna Bargielska, Małe lisy 

DSC_0047 (1000x667)

O jezu, jak się umęczyłam przy czytaniu tej książki, mówię Wam, dziewczynki. Otóż Justyna Bargielska napisała książkę o niczym. I jakież było moje rozczarowanie, kiedy ów fakt odkryłam. Po rewelacyjnych Obsoletkach wychwalałam autorkę pod niebiosa, rękę dałabym sobie uciąć, że każdy tekst, który wyjdzie spod jej pióra będzie nosił znamiona cudowności. Tymczasem, jak to już ładnie ktoś ujął, Małe lisy to sałata słowna. Bargielska stworzyła niespójny obraz kobiety współczesnej – powołała do tego celu dwie postaci dramatu. Magda ma męża, dwójkę dzieci i romans. Agnieszka psa oraz depresję. Obu w pewnym momencie brakuje odwagi, by zacząć żyć normalnie. Przytłoczone rzeczywistością, szarpią się z własną egzystencją, a jedyna broń, na którą mogą sobie pozwolić to sarkazm. Tragedie podszyte są tu codziennością. Gdzieś pomiędzy babskimi plotkami w windzie, a psychoterapią u osiedlowej fryzjerki nasze bohaterki bezceremonialnie obwieszczają swoje małe i duże dramaty: wypadek bliskich, stratę dziecka, depresję, brak pracy, niezdolność do określenia co jest gwałtem, a co współżyciem za obopólną zgodą, co dokładnie jest życiem, a co na pewno nim nie jest.

Największy problem tej książki leży w jej chaotycznej narracji. Język stylizowany na potoczny, pozorny strumień świadomości oraz szereg oniryczno-surrealistycznych fantazji całkiem sprawnie wytrąca czytelnika z równowagi. Mam z tyłu głowy fakt, że Bargielska na pierwszym miejscu jest jednak poetką, że brak ciągu fabularnego to nie grzech i nawet próbowałam przekonać się do książki po pozytywnej recenzji Jarosława Czechowicza z bloga Krytycznym Okiem, którego opinie mocno sobie cenię, a mimo wszystko nadal uważam całość za bełkot.

Nie oczekuję od literatury by była łatwa i lekkostrawna. Skądinąd przecież Elfriede Jelinek, moja ulubiona pisarka tworzy dzieła, które po dwóch stronach psychicznie wyczerpują. Z drugiej jednak strony nie przekonuje mnie również zabieg pt. im dziwniej i mniej normalnie, tym bardziej artystycznie. Im mniej tłuszcza zrozumie, tym pisarz bardziej znaczący. No jednak nie. Idealnym podsumowaniem tej pozycji jest dla mnie monolog jednej z bohaterek. Będzie on jednocześnie puentą mojego wywodu:

(…)Bardzo się zezłościłam i żeby to jednocześnie ukryć i wyrazić, poszłam do lasu i nawet psa nie brałam. Wchodząc pod górę, myślałam, jak to powiedzieć, a schodząc, mówiłam, co wymyśliłam. Wyszedł raźny lament.(…)

Dla zainteresowanych fragment powieści Małe lisy.

Brygida Helbig, Niebko

DSC_0049 (1000x667)

Niebko to typowa rodzinna saga z wyraźnie zarysowaną fabułą, mnóstwem wątków pobocznych i całą zgrają postaci. Formą dość mocno przypomina mi Piaskową Górę Joanny Bator, choć obie historie zdecydowanie odbiegają od siebie czasowo. Helbig zabiera nas w podróż w głąb trzech pokoleń polsko-niemieckiej rodziny, której losy co rusz splatają się i płatają figle jednocześnie. Jej bohaterowie biorą się za bary z przeszłością, choć wspomnienia przypierają ich mocno do ściany i chwytają oburącz za gardło. Taka to powieść!

Marzena zastanawia się, czy można być jednocześnie Polakiem i Niemcem. Jej ojciec był tak bardzo jednym i drugim, choć twierdził, że honor to wierność swoim poglądom i postanowieniom. Historię rodu poznajemy właśnie dzięki niej – najmłodszej córce pary głównych bohaterów – która bezlitośnie grzebie w przeszłości, rozdrapując stare rany i wykopując coraz to nowsze anegdoty. A wszystko po to, by odnaleźć najcenniejszy skarb – własną tożsamość.

Zalatuje banałem, co? Na szczęście o trudnych momentach i niełatwym losie przesiedleńców Helbig pisze bez zbędnego patosu, a to się ceni. Pisarstwo na miarę najważniejszej nagrody literackiej w naszym kraju to to nie jest, ale przeczytać warto.

DSC_0056 (1000x667)