Ponieważ ostatnio pierwszy raz w życiu sama (no, powiedzmy) koordynowałam remont mieszkania w stanie deweloperskim, uznałam, że to dobra okazja, żeby podzielić się z Wami kilkoma przemyśleniami.
- Wybór mieszkania. Mieszkania szukaliśmy dobre 2 lata. Na pamięć znałam już wszystkie inwestycje poszczególnych deweloperów i moglibyście wziąć mnie w środku nocy na odpytki, a ja bez trudu opowiedziałabym kto i gdzie we Wrocławiu buduje. W końcu kupiliśmy mieszkanie trochę przez przypadek – podobała nam się pewna inwestycja, ale wszystkie mieszkania z tarasem były już dawno wykupione. Pluliśmy sobie w brodę, że wcześniej nie zainteresowaliśmy się tym osiedlem i zapomnieliśmy o sprawie. Wtem – jedno z mieszkań z ogromnym, 90m tarasem zwolniło się – jego poprzedni właściciele w międzyczasie rozwiedli się i lokal z powrotem wrócił do dewelopera. Uznaliśmy to za znak – i wzięliśmy mieszkanie niemal w ciemno. Uważam, że była to dobra decyzja. Czasem tak jest, że przypadkowo kupione ubranie z perspektywy czasu cieszy najmocniej, a to, o którym myśleliśmy dniami i nocami okazuje się do nas źle dopasowane. No więc pomyślcie sobie, że ja chodziłam przez te ostatnie dwa lata za sukienkami w kwiaty, a kupiłam spodnie. I czuję się w nich fantastycznie. Może właśnie tak w życiu czasem trzeba.
- Projektant wnętrz. Zdecydowaliśmy się na współpracę z wrocławską pracownią projektową, bo o ile potrafię sobie przepinać inspiracje na Pinterest, o tyle nie potrafię łączyć ze sobą różnych elementów, w taki sposób, by tworzyły spójną całość. To, że ma się dobry gust (a tak o sobie myślę, przepraszam, jeśli kogoś zaskoczyłam) – w ogóle nie przekłada się u mnie na umiejętność tworzenia ładnego wnętrza – podobają mi się tylko pojedyncze rzeczy i za nic w świecie nie umiem ich ustawić, zestawić, sprawić, żeby całość wyglądała ok. I teraz tak. Czy polecam pracę z projektantem czy nie? I tak i nie. Gdybym teraz mogła cofnąć się w czasie – poprosiłabym projektantkę jedynie o wykonanie dokumentacji wykonawczej: czyli rozplanowania układów funkcjonalnych, zaprojektowania instalacji wodno-kanalizacyjnej, instalacji elektrycznej oraz zaprojektowanie ogólnego stylu mieszkania. To jednak miłe, kiedy ktoś za Ciebie obliczy, gdzie powinna wisieć lampa, o ile cm powinny być przesunięte drzwi od łazienki i dlaczego w kuchni lepszy będzie ceramiczny zlewozmywak. Jeśli chodzi jednak o wystój wnętrz, wydaje mi się, że wprowadziliśmy sami tyle zmian (to się dopiero okaże, czy dobrych), że tak naprawdę obeszlibyśmy się bez etapu wizualizacji itd.
- Remont. Zdecydowaliśmy się na ekipę budowlaną, co oznacza, że w mieszkaniu nie robiliśmy nic na własną rękę – nie malowaliśmy ścian, nie kładliśmy podłóg itd. Ma to oczywiście swoje plusy – bo nie odczuliśmy jakoś specjalnie mocno remontu, ma też minusy. Po pierwsze: na rynku jest jakiś szalony niedobór pracowników budowlanych, w związku z czym trzeba dość długo czekać na wolne terminy. Po drugie: nie bez powodu utarł się stereotyp nieterminowych budowlańców – choć my wzięliśmy ekipę z polecenia, nie obeszło się bez opóźnień (na moje oko wiele prac mogło zostać wykonanych o wiele szybciej). Szczerze mówiąc, do niedawna nie do końca rozumiałam teksty znajomych w stylu „remont mnie wykończył”, „mam szczerze dosyć remontu”, bo nie mieliśmy większych przygód i wpadek. Do ostatniego tygodnia. Tapeta do pokoju Niny przyszła krzywo wycięta, kurier pomylił się i podmienił jedną paczkę, w związku z czym zostaliśmy z łóżkiem sypialnianym bez stelaża, za to z dwoma zagłówkami; monterzy kuchenni z IKEI nie chcieli ruszyć palcem bez przedstawienia paragonu zakupu (choć mieli przy sobie opłacone zlecenie montażu) – a weź tu człowieku szukaj w całym przeprowadzkowym rozgardiaszu paragonów i próbuj coś wydrukować, kiedy kabel od drukarki powędrował już gdzieś do innego życia. No więc był w historii naszej przeprowadzki taki dzień, kiedy mi się wszystkiego odechciało. Nie, właściwie to chciało mi się bardzo jednego: płakać.
- Terminy. Gdzieś w okolicach marca mieliśmy gotowy projekt mieszkania, samo mieszkanie mieliśmy odebrać pod koniec kwietnia. Z perspektywy zimy i tego, że mieszkanie kupiliśmy jakoś w październiku, wydawało nam się, że mamy taaaaak dużo czasu. Nic bardziej mylnego. Gdybym wiedziała, że na większość mebli trzeba czekać 8 tygodni, a na te na wymiar nawet 12, nie ociągałabym się z decyzją tak długo. Efekt jest taki, że nie mamy jeszcze wielu rzeczy (np. szaf w przedpokoju i szafki do zabudowy w łazience) i bardzo mnie to denerwuje – nie można się do końca rozpakować i na dobre urządzić.
- Gdybym miała dać Wam jedną złotą radę dotyczącą remontu mieszkania, byłby to luz i zachowanie spokoju. Sama, dobre dwa tygodnie rozważałam wszystkie możliwe opcje podłóg drewnianych. jak gdyby miała być to kwestia życia i śmierci. Z pół roku obmyślałam zakup różnych mebli, a gdy przyszło co do czego, zdecydowaliśmy się na przypadkowe regały z Ikei. I wszyscy są zadowoleni. Mam wrażenie, że zbyt dużą wagę przywiązujemy często do rzeczy, które ostatecznie nie mają w życiu większego znaczenia. Pamiętajmy, że ostatecznie to tylko podłoga i ściany.