Po wielu bojach stoczonych z własną głową (jestem z tych, co radzą się nie serca, a rozumu) uznałam, że w moim życiu zawodowym nadeszła pora na zmiany.
I choć przez całe dotychczasowe życie blogowe (a trzeba Wam wiedzieć, że ten blog prowadzę od schyłku 2008 roku, a to przecież nie mój pierwszy dziennik internetowy), wzbraniałam się przed traktowaniem działalności internetowej jako jedynego źródła utrzymania, przez najbliższe miesiące spróbuję zajmować się właśnie jedynie blogowaniem.
Życzcie mi powodzenia.
Moja niechęć do traktowania bloga jako pracy wynikała z kilku powodów. Obserwowałam kolegów i koleżanki po fachu, którzy utrzymują się tylko i wyłącznie z bloga i… nigdy nie chciałam być taka, jak oni – reklam i współprac komercyjnych na takich blogach jest na pęczki. Praca etatowa (w moim przypadku praca w agencji be frank!) dawała mi pewność stałego wynagrodzenia, dzięki czemu nie zaprzątałam sobie nawet głowy współpracami – jeśli jakieś wpadły – super, traktowałam je jako dodatkowy zastrzyk gotówki, który można przeznaczyć np. na podróże. Nie zdarzały się żadne ciekawe oferty? Trudno – ani sama nie wychodziłam do marek z propozycjami, ani specjalnie nie płakałam. I robiłam tak, nie dlatego, że w normalnej pracy zarabiałam tak dużo pieniędzy – nie – nie stać mnie ani na comiesięczne zakupy w Zarze, ani na robienie u kosmetyczki hybrydy dwa razy w miesiącu (nie, żeby to był jakiś wyznacznik zamożności, ale miejcie porównanie). Ale uznałam, że stać mnie na trzymanie się własnych zasad.
Nie wiem dlaczego utarło się przekonanie, że im bloger ma więcej dużych współprac, tym jest bardziej wpływowy. I choć nie widzę niczego złego w zarabianiu, jestem fanką zdrowego umiaru – na ten przykład, w tym roku zrealizowałam tylko jedną płatną współpracę na blogu i jest mi z tym ok. Blog venilakostis to miejsce niezależne, w którym nie można kupić mojej opinii – a i ja sama czuję się o niebo lepiej, kiedy polecam Wam książki i miejsca, ponieważ sama je odkryłam, a nie tylko dlatego, że są one częścią jakiejś współpracy płatnej. Przy okazji – jeśli uda Wam się skorzystać kiedykolwiek z moich rekomendacji zachęcam Was do używania hasztagów #czytajzvenilą lub #venilapoleca – będę mogła sprawdzić, czy mam realny wpływ na swoich czytelników.
Nie chciałabym, żebyście pomyśleli, że skoro przechodzę na blogowanie zawodowo, teraz będą u mnie zegarki Wellington i suplementy diety Mojo. Marzy mi się zarabianie pieniędzy z akcji okołoblogowych: pisaniu książek i artykułów, ale i nie obraźcie się, jeśli od czasu do czasu wpadnie tu jakiś sponsorowany wpis. A poza tym, mam przecież jeszcze jedno miejsce w sieci – Chujową Panią Domu – i to raczej na tym profilu planuję działalność komercyjną (m.in. sprzedaż gadżetów).
Drugi powód, dla którego do teraz nie interesowałam się blogowaniem full pro, to moje zainteresowania. Ja po prostu bardzo lubię pracę w social media, realizowanie kampanii online, pracę przy dużych, wymagających, ale i dających ogromną satysfakcję projektach (patrz: tołpa). Praca w agencji była dla mnie oderwaniem od blogowego świata (trochę), możliwością realizowania się w zupełnie innym stopniu – lubiłam mieć pewność, że mam konkretnych fach w ręku i niestraszne były mi czarne wizje dotyczące upadku blogosfery (i nie, nie imponują mi blogerki bez szkół i doświadczenia zawodowego). Poza tym, umówmy się – uważam, że jestem dobra, w tym, co robię – 8 lat w pracy w zawodzie, zrobiło swoje.
ALE: potrzebuję przerwy i złapania oddechu. Przy wychowywaniu małego dziecka mam bardzo ograniczony czas na zajęcia dla siebie, czyli dokładnie ok 3-4 godziny dziennie. W tym czasie mogę albo pracować zawodowo, albo blogować. Próbowałam połączyć te dwie rzeczy, ale niestety nie wychodzi mi to. Wiem, że są blogerki, które przy niemowlaku potrafią trzaskać jedną notkę dziennie, ugotować obiad, wybrać się na godzinny trening i pisać jednocześnie książkę, ale to nie ja. Nie chcę udawać przed Wami, że jestem robotem i mogę wszystko. Macierzyństwo nauczyło mnie szybszego ustalania priorytetów i na tym etapie życia uznałam, że w najbliższej przyszłości chcę się skupić na tym, na czym od zawsze najbardziej zależało mi w życiu, czyli na pisaniu. Być może za miesiąc albo dwa wrócę, jako ten syn marnotrawny do pracy zawodowej, bo zatęsknię, albo uznam, że takie blogowanie to nie dla mnie, ale chcę spróbować.
Obiecuję Wam więcej wpisów oraz większą regularność. Wy mi obiecajcie, że będziecie ze mną, bez względu na to, gdzie i w jakiej formie moje teksty będą się ukazywać.
I wesprzyjcie czasem dobrym słowem, bo dla blogera nie ma nic bardziej zniechęcającego od pustki ziejącej w komentarzach.