Życie to przygoda powiedziałam sobie hardo w duchu i postanowiłam obuwie uważane za sportowe zestawić z odzieżą inną aniżeli trykot czy dres. Niektórym naprawdę wystarczy zwyczajna czynność, sytuacja, którą reszta ludzkości bierze za normalną, by poczuć się dziarsko i w ogóle jak He-Man lub jak Triss Merigold (choć do jej 22 cali w talii jednak trochę mi brakuje). W zestawie znajdziecie lokalną szarą eminencję w postaci bluzy, sukienkę, która w tym przypadku bezczelnie podaje się za spódnicę oraz adidasy z szaleńczo obłędnie dziewczyńskimi sznurówkami (swoją drogą wiecie, że całe życie mówiłam sznorówki? Co za wstyd!), które ostatecznie zastąpiły klasyczne sandały, albowiem ich pani pięć minut przed wyjściem uniosła się dumą i uprzedzeniem. A ubrałam się tak na niedzielny spacer po parku (Leśnica, okolice zamku), bo tak ogólnie to bardzo lubię pobujać się wśród drzew.
Dziękuję za uwagę.
fot. Paweł Bielecki




