Więc jadę sobie i palę

W 8 godzin można dolecieć z Polski do Nowego Jorku, można przeczytać również całą gazetę Bluszcz, od wstępniaka po zapowiedź kolejnego numeru, mając nawet czas na wirtualną odpowiedź na listy i wystawienie czerwonym długopisem noty nagannej felietonowi pani Alicji Resich Modlińskiej, która z pisaniem jest chyba w ciemnej dupie.
Przez 8 godzin można również tłuc się  z Wrocławia do Warszawy pociągiem tanich linii kolejowych, bijącym rekordy w ilości przystanków, przesiadek i liczby pasażera na metr kwadratowy. Toteż podczas ostatniej podróży relacji Warszawa Centralna – Wrocław Główny okazałam resztki burżułajstwa i pojechałam Intercity.
Wszystko fajnie, ale w zwykłym pociągu samemu wybiera się miejsce do siedzenia, tu masz przydzieloną miejscówkę i o ile w zwykłym osobowym zazwyczaj omijasz przedziały, gdzie królują panny w kozakach po pachy, których główną dewizą życiową są śmiechy chichy, szeroki łuk zakreślasz również wszędzie tam, skąd wydobywa się swąd kanapki z jajkiem, kiełbasą, lub gdzie są dzieci i zwierzęta, a już w ogóle pod uwagę nie bierzesz wagonu, w którym są adidasy i wygolone głowy i zawsze zbyt częste 'kurwa kurwa’ – w Intercity ucieczki już nie ma.
Tym sposobem przez 6 godzin zostałam uziemiona z babcią, która wcinała kanapki z pasztetem lub kiełbasą (naprzemiennie, a precz z nudą!), w uwiązanej na szyi torebce skrzętnie chowała telefon, na który nie pokwapiłby się największy złodziej, trzymała tam również piniądze, a rozsuwając niebieski polar obczajała, czy nikt nie widzi, co robi, (oczywiście nikt nie spostrzegł), a na dokładkę czytała mini wersję pisma świętego. I niech sobie babcia robi nawet na drutach w tym pociągu, ale nie wchodź mi pani w mą przestrzeń osobistą. Na nic zdało się ostentacyjne przymykanie oczu, pokazowe ziewanie i przybieranie pozycji pół-leżącej, przez 6 godzin, ja, człowiek, który wraca z imprezy u Zuzolińskiej w Warszawie, gdzie ludzie-buraki podjeżdżają na imprezy limuzynami i gdzie czarnoskórzy zapraszają do hotelu Ibis, ja venila, kobieta, która położyła się spać, kiedy na dworze było już jasno (posługuję się eufemizmami, gdyż zwyczajnie miałam kaca) – przez 6 godzin byłam jej wolnym słuchaczem, jako, że nie miałam siły powiedzieć NIE. O! Nie dziękuję ci panie, za to, że nie nauczyłeś mnie być asertywnym skurwysynem (to taki cytat ze Stasiuka).
fot. Paweł
jacket: siren, hoodies: CCKT, shorts: stradivarius, shoes: camaieu, bag: h&m
* Tytuł to część referenu z piosenki „Bonończyk” (musical „Idiota”)