O PERSPEKTYWACH ROZWOJU MAŁYCH MIASTECZEK

DSC_0626 (960x640)

Bursa pisał, że ma w dupie małe miasteczka. Ja trochę też – przez całe życie z nich uciekam.

Za każdym razem, kiedy piszę o swojej rodzinnej miejscowości, wystawiam jej tak naganne noty (jedynkę, poproszę), że zwyczajnie obawiam się, iż przy kolejnej wizycie zostanę ukamienowana przez miejscową ludność. W tym momencie należałoby postawić jednak gwiazdkę i dodać przypis, że określenie rodzinna jest tak naprawdę niełatwe do ustalenia, bo czy za miejsce pochodzenia obrać miejscowość, w której się urodziłam, a w której mieszkałam tylko rok; miasto, w którym spędziłam aż 12 lat; czy też miasteczko, w którym aktualnie mieszka moja mama, choć fizycznie łączy mnie z tym miejscem 6 lat i mentalna przepaść?

Ale wracając do sedna: dziś będzie o małych miasteczkach w samych superlatywach.

Po pierwsze: second-handy. O ile zakupy we wrocławskich lumpeksach bywają nierentowne (60 zł/kg), o tyle polowanie w małomiasteczkowym szmateksie prawie zawsze kończy się imponującym łowem. Ulubiony t-shirt za 2 zł, spodnie za 15, markowa kurtka za 35. Znacie to, prawda? Jest tanio, nikt nie rzuca się na widok ubrania z metką ACNE, choć jak wszędzie panuje tu prawo pięści.

Po drugie: fryzjerzy. Spokojnie, ochłońcie, luzik – nie każę Wam od razu ścinać się na Edzię Górniak! Ale takie podcięcie końcówek kosztuje tutaj 10 zł, a nie 70 zł, jak w przypadku modnego salonu, jakich w dużych miastach wiele.

Po trzecie: łąki i knieje, które swoją aurą przeciążają wszystkie kanały sensoryczne (i nie mam tu na myśli alergicznego nieżytu nosa). Nad małymi miejscowościami nie ciąży jeszcze widmo deweloperów i może nigdy nie zaciąży (wszak, kto chciałby przenosić się do miasta, w którym oddycha się bezrobociem) – a to oznacza, że imponujące łąki, pola, zielone skwery i parki jeszcze długo pozostaną sobą.

Jak na ironię, dzisiejsze zdjęcia zrobiliśmy we Wrocławiu. No i jak tu nie kochać tego miasta?

Styl2 (2)

spódnica: beksa