Mówi się, że od nadmiaru głowa nie boli. No to ewidentnie nie w moim przypadku. Ani moda na minimalizm, ani skąpstwo i chęć dorobienia się – ot po prostu chyba zdrowy rozsądek każe pozbywać mi się nadmiaru rzeczy. A już na pewno do przejścia na lifestyle ascety i amisza skłaniają mnie liczne przeprowadzki.
Jeszcze do niedawna powiedziałabym, że cała ta filozofia nie dotyczy u mnie książek – bo właściwie im ich więcej, tym lepiej, ale każda relokacja boleśnie uświadamia mi, że to przedmioty najcięższego kalibru. Od ostatniej zmiany mieszkania nie wyciągnęłam ich nawet z pudełek, nie mówiąc już o tym jak wiele z nich szuka dla siebie miejsca, błąkając się po kątach i piwnicach. Doprowadziło to do tego, że ja – zdeklarowana wielbicielka papieru, zaczęłam korzystać z ebooków. Jeszcze nie kolegujemy się pełną parą, ale widać już pierwsze oznaki sympatii.
Patrzę też na swoje trzy pary adidasów i myślę, że jednak poprzewracało mi się w dupie, skoro ja anty-sportsmenka trzymam w szafie trzy różne modele obuwia sportowego, kiedy śmiało wystarczyłaby mi jedna para. Podobnie mam niemal ze wszystkim.
Może to wina czasów, w których się wychowałam, kiedy w sklepach było nic i człowiek cieszył się ze wszystkiego. Może wrodzony instynkt upraszczania sobie życia, nie wiem. Nie daję sobie jednak wmówić, że przegrałam życie, bo moja kosmetyczka nie przypomina walizki podróżnej, a moje mieszkanie nie jest moje.