„Świat bez kobiet”- to idealna puenta podsumowującą trwające do dziś czasy patriarchatu w naszym kraju. Autorka w dosyć zabawny, często ironiczny i autoironiczny sposób przedstawia sytuację kobiet na polskiej arenie politycznej, polskim rynku pracy i tymże społeczeństwie. I nie stwierdza, lecz sugeruje, że płeć stanowi pewną kategorię, poprzez którą dochodzi do hierarchizacji …
Po pierwsze: autorka zauważa, że kobietom wmawiane jest, iż płeć nie jest postrzegana jako kategoria polityczna. Płeć żeńska na arenie politycznej jest nadal mniejszością, choć jak powszechnie wiadomo w naszym kraju równouprawnienie przecież istnieje. Przeciwnicy ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn stwierdzili, iż „dyskryminacji w Polsce nie ma; jest tylko naturalna różnica ról…”. Skoro podział ze względu na płeć obudowuje się tak neutralnym eufemizmem, jak nazwiemy rasizm?
Po drugie: przekonanie, że męskość, to stanowczość, konsekwencja i odwaga, jest tak powszechna, tak wrośnięta w kulturę, że samo się garnie na język. Słowo ‘mężczyzna’ stanowi wygodny skrót myślowy, oznaczający istotę ludzką, która nadaje się na polityka. Jedynym pocieszającym argumentem może być fakt, że stereotyp zwalnia z obowiązku myślenia. Kwestię kobiecą od niemal zawsze bagatelizowano, uznając, iż istniejący podział jest najlepszym z możliwych i nie ma sensu go zmieniać „bo kobieta- nawet ta w spodniach – zawsze w końcu okaże się kobietą, a więc istotą niezdolną do sprawowania jakiejkolwiek władzy. Zamiast rządzić – zakocha się, zagada z przyjaciółką, zasiedzi u fryzjera, albo niespodziewanie na sali sądowej wyda na świat dziecko”.
Po trzecie: brak równouprawnienia na rynku pracy. Jakże inaczej można nazwać fakt pewnych dysproporcji płacowych wynikających z rozróżniania płci? Wszelkie tłumaczenia mają taką samą wartość semantyczną, co stwierdzenie: „wszyscy jesteśmy ludźmi, a niektórzy z nas to kobiety”, czy „Kobieta jest traktowana na równi z mężczyzną, jeśli tylko podpisze zobowiązanie, że nie zamierza rodzić dzieci..”.
Podsumowując, Agnieszka Graff dosyć trafnie zatytułowała swoją książkę, insynuując, że świat właściwie pozbawiony jest kobiet. No tak, skoro nie ma ich w życiu publicznym państwa, powoli wypierane zostają nawet z języka, trudno się dziwić, iż wraz z wykluczeniem słowa „kobieta” z dyskursu społecznego, zanikają prawa i potrzeby kobiet. Czy w kraju, gdzie kobieta nie może decydować o własnym brzuchu, a w kwestiach aborcji używa się jedynie takich pojęć, jak ‘płód’, czy ‘poczęte życie’, pomijając zupełnie kwestię wyboru, wolnej woli itd. może być miejsce na równość? A więc skoro tej równowagi nie ma, nie ma i miejsca dla kobiet. Jak słusznie zauważyła Sylviane Agacinski, w dyskursie publicznym brakuje kobiet. Obecne są one jedynie w postaci sądów na ich temat. A przecież kobiety są cenne, bo są inne… I najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy 7 lat po wydaniu książki, w 2008 roku Agnieszka Graff napisała artykuł, zaczęła go od słów: „Ta książka miała się zdezaktualizować…”. Mamy 2012 rok. Pani Agnieszko, ze smutkiem stwierdzam, że nic się nie zmieniło.
Posłowie
Nie uważam się za feministkę, a mimo to książka bardzo mi się podobała. Nie jest to lekka lektura, którą możemy przyjąć pół godziny przed snem, ale nie jest to również typowa proza popularnonaukowa, pełna trudnych terminów i nudnych wywodów. Osobiście nie czuję się pod żadnym względem dyskryminowana (a Wy?), nie ścigają mnie też napisy „men power” na murach, ale w większości przypadków zgadzam się ze stwierdzeniami autorki. Odradzam za to książkę osobom, które nie rozumieją sentencji Rebecci West: „Feministką nazywają mnie, gdy robię coś, co odróżnia mnie od ścierki do podłogi” i postrzegają feminizm przez pryzmat stereotypów.
Ciekawa jestem, co o tej pozycji sądzi moja Rudowłosa?
A co o miejscu kobiety w naszym społeczeństwie sądzicie Wy? Może coś Was wkurza, uwiera, albo wręcz przeciwnie – raduje? Dajecie.