DYSCYPLINA ZAPEWNIA WOLNOŚĆ

DSC_0260 (960x524)

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o organizowaniu sobie czasu pracy.

Jakoś tak ostatnio nie mogę się dobudzić. Nieważne o której położę się spać, rano mam hardkor na powiekach. Podobnież mój pies, niegdyś ranny ptaszek. Albo to przesilenie wiosenne, albo jestem chora, albo śpimy na żyle wodnej. Żyła wodna to moje ulubione wytłumaczenie na wszystkie niepowodzenia. A więc w związku z tym, że w przeciwieństwie do przyrody zamiast wybudzać się z zimowego snu, ja dopiero w niego zapadam – postanowiłam się zmobilizować i na przekór wszystkiemu, a przede wszystkim sobie – nastawiam budzik na siódmą.

Sprowadzam się na dobrą drogę.

W pewnym poradniku motywacyjnym przeczytałam kiedyś o sposobie na organizację czasu pracy, który polega na zaplanowaniu każdej czynności z dokładnością co do godziny. Najpierw pomyślałam, że zdrowy duch opuścił ciało autora i uznałam pomysł za totalnie z kosmosu. Co ze spontanicznością, co z przypadkiem? Później przyjrzałam mu się bliżej i dostrzegłam w tym szaleństwie metodę. Teraz nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na organizację pracy. Nie zawsze dzień wcześniej uda mi się sporządzić taki plan na dzień kolejny, ale staram się jak mogę, by robić to jak najczęściej.

Przykładowy grafik z dnia dzisiejszego:

7.00-8.00 Trzy artykuły
8.00-8.30 Spacer z psem
8.30-9.00 Notka na blog
9.00-10.00 Zaplanowanie wpisów dla klientów na FB na cały dzień
10.00-10.30 Śniadanie
10.30-11.00 Zakupy
11.00-12.00 Informacja prasowa (tekst + wysyłka)
12.00-13.00 Skrzynka pocztowa – odpisanie na wszystkie bieżące maile
13.00-13.30 Odkurzanie, pranie
13.30 Spacer z psem

Takie planowanie co do godziny, kiedy zjem śniadanie, a kiedy poodkurzam może brzmieć wręcz śmiesznie – też się z tego śmiałam – ale wierzcie mi, że to ma sens, w szczególności kiedy ktoś pracuje jako freelancer i sam zarządza swoją pracą. Rozpoczynając dzień najwięcej czasu i energii tracimy na zastanawianiu się nad tym, co dalej robić. Mając wyszczególniony plan, wszelkie dylematy odpadają. Aby to jednak zadziałało, musimy kurczowo trzymać się harmonogramu – jeśli zadecydujemy, że pocztę czy FB sprawdzimy dopiero o godz. 12.00, nie włączamy tych programów wcześniej. W danej godzinie maksymalnie koncentrujemy się na konkretnym zadaniu, mając świadomość ograniczonego czasu. Na mnie działa to szalenie motywująco. Dodatkowo a propos pracy przy komputerze, stosuję zasadę inbox zero – czyli metodę polegającą na opróżnianiu na bieżąco skrzynki odbiorczej. Nowe e-maile traktuję w kilku kategoriach: od razu na nie odpisuję; niepotrzebne, reklamowe usuwam; te, które wymagają chwili pomyślunku przenoszę do folderu ważne; natomiast wszystkie inne wiadomości, które są efektem zakończonej korespondencji lądują w archiwum. Mam przy tym ciągle pustą skrzynkę, która nie zajmuje mi w ciągu dnia myśli, bo dokładnie wiem, na jakich wiadomościach muszę się skupić, a cała reszta jest już tylko wspomnieniem. Polecam!

W pracy wykorzystuję zasadę: Skup się ze zdwojoną siłą na swojej pracy, a później ciesz się wolnością i swobodą. Zauważyłam, że najbardziej efektywna jestem rano, maksymalnie do godziny 12-13. Później pojawia się zbyt wiele czynników, które mnie rozpraszają: sąsiedzi wracają z dziećmi z przedszkola, na Facebooku robi się gęsto od wpisów, a w głowie już świta myśl, że wypadałoby zrobić coś na obiad itd. Rano nie mam takich problemów, dlatego też mam ogromne wyrzuty sumienia, kiedy śpię do 10 i w dodatku nie mam przygotowanego planu pracy. Diabli biorą taki dzień.

Do południa jestem w stanie zrobić wszystkie zaplanowane zadania, które przy braku organizacji zajmują mi nawet cały dzień. Nieobce jest mi uczucie pisania jednego artykułu przez dwie godziny, ani wysyłka materiału prasowego przez trzy. Oczywiście wszystko to przerywane przeglądaniem Facebooka co 10 minut, Pinteresta oraz tumblerów, które nie mają przecież końca. Efekt jest taki, że spędzam wtedy cały dzień przed kompem, jestem zmęczona, jakbym właśnie wyszła z kopalni (ukradkiem szukam na ramieniu jakiegoś pyłu, co by tłumaczył tę harówę na twarzy), a wychodzi na to, że wcale nie zrobiłam znowu tak wiele. I wtedy pojawia się złość oraz sromota i niepocieszenie I jestem nieszczęśliwa, bo z tego wszystkiego nie mam nawet czasu napisać czegokolwiek na blog.

Jak widzicie dzisiaj zorganizowałam się dość wspaniale (dwie notki, proszę Państwa, dwie notunie!).

PS Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem. Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem – pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta, o ile mamy dalej żyć. (W.Szymborska).