Internet sprawia, że potrafię poczuć się jak największy wieśniak na świecie. Podczas gdy wirtualna ludzkość zajada się na śniadanie płatkami jaglanymi z mlekiem kokosowym, syropem z agawy oraz jagodami goji, ja raczę się prymitywną kanapką z żółtym serem, popijając to wszystko nie taką znowu fancy herbatą. I kiedy naoglądam się zdjęć na Instagramie i mnie poniesie, w ramach szaleństwa parzę dziurawce, dodaję wszędzie siemię lniane i chcę kupować te wszystkie produkty spożywcze, o których świat jeszcze pół roku temu w ogóle nie słyszał. A potem czuję się jak prawdziwy hipster narodów.
Jednak to właśnie profile osób, które dodają piękne i estetyczne zdjęcia najchętniej przeglądam. Często nie mają one wiele wspólnego z moją rzeczywistością – tworzenie pełnej scenografii do zaprezentowania zawartości talerza nie jest mi bliskie. Smażenie o siódmej rano pankejków i ozdabianie ich świeżo zerwanymi owocami leśnymi takoż. Ale sama również przecież nie dodaję zdjęć, kiedy jem parówki, a dopiero wtedy, gdy zdarzy mi się wyjść do fajnej knajpki.
No i mam mały problem z kwestią kreacji w Internecie. Bo z jednej strony reżyserowanie własnego życia i dodawanie mu ładniejszych kolorów może być nie do końca fair dla naszych obserwatorów. Ba, już sama selekcja tego, co pokazujemy innym, a czego nie, jest swego rodzaju kreacją:
„Pokazujemy swoje życie takie, jakie chcielibyśmy mieć. Sprzedajemy siebie – choć często jest to projekcja siebie-możliwego – licząc na to, że może kiedyś kupimy ten lifestyle, że stanie się on normą, że zajebistość z fotografii, złotymi kroplami spadnie na nas, tworząc nasze życie lepszym i wymarzonym. Na razie pozostaje nam sprzedawać wyobrażenie siebie, które ktoś kupuje, klikając lubię to.” (Paweł Bielecki, Na Instagramie jesteśmy tacy piękni).
Z drugiej jednak – czy to taka ogromna zbrodnia przeciwko ludzkości, ta chęć pokazania lepszej strony życia? Czy jest coś złego w tym, że zamiast deszczu za oknem wolę pokazać kalosze w kropki? Ja tylko uciekam od szarości nad szarościami. A fotografię reportażową zostawiam Springerowi.