Po latach uwielbienia wszystkiego, co masowe w nasze serca zakradła się potrzeba indywidualności. To, co znoszone, zaczęło nosić znamiona hipsterstwa, a określenie babciny jeszcze nigdy nie stało na piedestale tak wysoko.
Dziś pozastanawiam się głośno, skąd w ostatnich kilkunastu latach wzięła się moda na ubrania vintage.
Przypomnijcie sobie lata 90-te. Która z nas nie chciała mieć takich samych spodni, jak koleżanka? Wiele byłyśmy w stanie poświęcić, byle tylko zdobyć tę samą bluzkę, w której pokazała się najładniejsza dziewczyna w szkole, o modzie na plecaki Enrico Benetti już nawet nie wspominając. Ograniczony asortyment w sklepach i na bazarach zmuszał nas do powielania strojów swoich rówieśniczek. Niektóre z nas, nazywane po kątach szczęściarami mogły poszczycić się rodziną w Stanach, a co za tym idzie paczkami i ubraniami, o których nie śniło się nawet filozofom, więc i Polakom tym bardziej. Większość zdana była jednak na odzieżową sromotę.
Kilka lat później rzecz miała się zupełnie inaczej. Raczkujące jeszcze wtedy sklepy sieciowe z ubraniami nie dysponowały na tyle zróżnicowanym asortymentem, byśmy mogły kreować swój własny indywidualny styl. Z odsieczą przyszły zatem second handy, komisy z używaną odzieżą oraz szafy naszych mam i babć. To właśnie wtedy po raz pierwszy od wielu lat lumpeksy przestały kojarzyć się z przybytkami przeznaczonymi dla niższych warstw społecznych, a wizyta w sklepie z odzieżą z drugiej ręki przestała przyprawiać o nieznośne rumieńce wstydu.
Ponoć za jedną z najważniejszych propagatorek stylu vintage uznaje się Carrie Bradshaw, główną bohaterkę kultowego serialu Seks w wielkim mieście (widziałam dokładnie jeden odcinek). Wcielająca się w jej rolę Sarah Jessica Parker udowodniła, że mieszanie stylu glamour z ubraniami i dodatkami minionej dekady jest w dobrym tonie, a zestawy, które powstają z tego mezaliansu kładą na głowę te w całości stworzone z nowych kolekcji projektantów. To wtedy po raz pierwszy o ubraniach pomyślałyśmy jako o inwestycji na przyszłość. Słowo babciny płynnie zastąpiłyśmy takimi określeniami jak vintage czy retro, a droga do wypracowania własnego, oryginalnego stylu miała być usłana różami i prowadzić przez okoliczne lumpeksy i strychy naszych dziadków.
Określenie vintage bywa słowem wytrychem. Używa się go na opisanie obuwia sprzed 3 sezonów, kurtki stylizowanej na retro czy podniszczonych spodni. Znawcy mody jednogłośnie przyznają, że mianem vintage określić można dopiero te ubrania i dodatki, które w swojej metryce urodzenia mają 25+. Z ubraniami retro jest podobnie jak z winem – im starszy rocznik, tym większa chluba właściciela.
Przyznam, że wskrzeszanie starych ubrań nabrało dla mnie nowego znaczenia, kiedy po raz kolejny bluzka czy spódnica z sieciówki dała dupy w praniu. Hej, ty! Zanim wybierzesz się po nową sukienkę lub spodnie, zerknij do swojej szafy i pomyśl, czy nie ma tam rzeczy, które czekają, by rozkwitnąć na nowo.