
Rozmowa o kobiecości z niezwykłymi kobietami.
Panuje tu ciągły ruch. Jedne panie przychodzą, inne wychodzą. Z zapałem kroją przyniesione z domów ciasta, z entuzjazmem przeglądają katalogi z kosmetykami. Plotkują, śmieją się. Wiek nie jest tu żadnym wyznacznikiem, bo do pań w starszym wieku dosiada się moja rówieśniczka, na oko 25-latka. Jest głośno i wesoło. I tylko tabliczka na drzwiach wejściowych zdradza, że nie jesteśmy w kawiarni. To Klub Amazonek.
Czym jest dla was klub, dlaczego tu przychodzicie?
A: Jest to miejsce, inne niż dom. Przez wszystkie ostatnie lata ciągle tylko dom – lekarze. A tu jest tak inaczej, na luzie, znajduje się bratnie dusze. Przyjdzie się, porozmawia. Niekoniecznie mówimy o chorobie, chyba, że ktoś ma taką potrzebę.
W: Mimo, iż jestem krótko po zabiegu, mogę z całą pewnością stwierdzić, że takie miejsca są potrzebne. Bo pomimo tego, że mam wspaniałą rodzinę i dobrych lekarzy, czegoś mi brakowało. Przede wszystkim kontaktu z innymi ludźmi, grupy wsparcia.
Jak długo jesteście amazonkami?
A: 9 lat.
W: Niecałe pół roku.
Jak dowiedziałyście się o chorobie?
W: Mój zakład pracy dbał o to, by wykonywać rutynowe badania, więc regularnie chodziłam na mammografię. Od 1999 roku wiedziałam, że mam w obrębie piersi jakieś zmiany i bardzo tego pilnowałam. Chodziłam co pół roku na badania i wszystko było ok. Ostatnio wyjechałam do Irlandii i nie zrobiłam badań przez 2 lata. Jak wróciłam, poszłam na mammografię i nogi mi się rozjechały. Wtedy już wszystko poszło szybko, nie czekałam, nie płakałam. Wybrałam szybko szpital, lekarza…
A: Mama mnie w końcu pogoniła na badania. Miałam 46 lat, więc lekarz nie za bardzo chciał dać skierowanie na mammografię, ale powiedziałam, że mama choruje, więc się zgodził. Najpierw była mammografia, usg, potem biopsja. Zawsze myślałam, że jestem bardzo silna i nic mnie nie pokona. A tu nagle trach, wynik: inwazyjny, złośliwy. Rak. Poszło bardzo szybko, od wizyty u lekarza, po 1,5 tygodnia byłam już pod nożem.
Diagnoza nie była dla was wyrokiem?
W: Nie, przecież rak to nie wyrok. Byłabym zrozpaczona, gdybym zdrowa umarła.
A: Nie da się tego ominąć, to trzeba przez to przejść – ja wychodzę z takiego założenia. Widocznie tak miało być, ważne, żeby iść do przodu, żeby nie wiem co.
Czy ludzie wokół Was umieją rozmawiać o chorobie?
W: Wolę przychodzić tu, rozmawiać z ludźmi którzy mają tę samą chorobę, niż rozmawiać z ludźmi na ulicy, którzy nie umieją o tym mówić. Pytają ciągle jak się czuję, czy wyszły mi już włosy itp. Wtedy mam ochotę biec do domu i już nigdy z niego nie wychodzić.
A: Może myśmy takie same były przed chorobą, nie wiem, ale faktycznie coś takiego dzieje się z ludźmi. I czasem słyszę na osiedlu: O, jak ładnie wyglądasz. Przecież ja dobrze się czuję – odpowiadam, No zobacz, a mnie tak kręgosłup boli, że nic, tylko umierać – słyszę w odpowiedzi. No to, co ja mam mu powiedzieć? Unikam takich rozmów w rodzinie i wśród znajomych, bo słyszę wtedy: Aaa, bo życie takie ciężkie.
Czy na co dzień żyjecie z przeświadczeniem o chorobie?
W: Łapię się na czasem na tym, że idę ulicą i zasłaniam ręką klatkę piersiową, bo wydaje mi się, że wszyscy widzą.
A: Nie, nawet jeżeli bardzo bym się starała, w końcu nadchodzi moment, że człowiek przechodzi do codzienności, normalności i do bycia szczęśliwym.
W: Nie mam jednak obłędu. Dopiero wizyta u lekarza czy nerwobóle o wszystkim mi przypominają.
Czy chorobę można potraktować jako początek nowego życia?
A: No pewnie – ja zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, które nigdy mnie nie interesowały. Czas ma teraz dla mnie inny wymiar. Wychodzę z takiego założenia, że jak czegoś nie zrobię dzisiaj, to zrobię to jutro, nic się nie stanie. Poza tym nauczyłam się polegać na innych – nagle okazało się, że syn też potrafi obsługiwać odkurzacz. W porównaniu do tego, co było wcześniej, teraz stałam się chyba taką egoistką, więcej myślę o sobie.
W: Można być bardziej elegancką. Przez pouczcie, że czegoś mi tam brakuje, zaczęłam bardziej dbać o siebie, malować się, ładniej ubierać, lepiej odżywać. Niektórzy sobie pomyślą, że jestem już w takim wieku, że już nie muszę się starać, ale ja wychodzę z założenia, że właśnie teraz mam na to wszystko czas, dzieci są już duże, teraz mogę zająć się sobą.
Czy brak piersi to ujma na kobiecości?
A: Różnie to bywa. Jak mam dobry dzień, to nie. Ale gdzieś tam z tyłu głowy jest ciągle poczucie pewnej inności.
W: Przed operacją prosiłam lekarza, by jakoś tę pierś ocalił, ale nie dało się, bo to rak inwazyjny, oprócz jednego guza 1-cm było już 8 małych guzków 8-mm. Prosiłam lekarzy, jakoś tak nie wyobrażałam sobie życia bez. Po operacji nawet na to nie spojrzałam, nie pomacałam tego miejsca. Podczas kontrolnej wizyty po operacji zapytałam lekarza, co ja teraz zrobię, przecież ja piersi nie mam! Łzy mi poleciały, ale po szczerej rozmowie, w której doktor powiedział, że wszystko będzie dobrze, uspokoiłam się.
Czy myślały Panie o rekonstrukcji piersi?
A: Nie, nigdy o tym nie myślałam, nigdy nie miałam takiej potrzeby. Są u nas koleżanki, które od razu przy operacji mówią lekarzom, że będą chciały rekonstrukcję, wtedy jakoś inaczej tnie się skórę. Wtedy, kiedy ja byłam operowana, trzeba było odczekać 2 lata na rekonstrukcję. Po tym czasie człowiek powoli o wszystkim zapomina i myślę sobie, znowu cierpieć? Nie… przecież to jest druga operacja.
W: Proponowano mi, ale nie zgodziłam się. Mam 63 lata, trudno – będę miss z jedną piersią.
Jak zareagowali na to wszystko Wasi partnerzy?
W: Oczywiście zamartwiałam się w szpitalu, jak mąż zareaguje. Nie ma z tym jednak problemu, w sposób żartobliwy podchodzimy do mojej niedoskonałości. Mąż mówi: kochanie, no który z chłopów ma taką atrakcję w domu, jak ja?
Czy upływ czasu sprawia, że do choroby podchodzi się z dystansem?
A: Do siebie nabiera się przede wszystkim dystansu. Już nie umieram ze strachu za każdym rogiem, tylko idę przed siebie.
Dziękuję za rozmowę.
MK
