Gdyby powieść Nocne Zwierzęta streścić w jednym zdaniu, wystarczyłaby parafraza postulatu Awangardy Krakowskiej – 3xM: Miasto, Mięso, Meskalina.
Powracam do recenzowania książek nominowanych do tegorocznej edycji literackiej nagrody Nike. O swoim pomyśle pisałam w tej notce – od tamtego czasu jury zdążyło nawet opublikować finałową siódemkę. Zbyt dużo czasu zajęło mi jednak męczenie się nad tymi dwoma pozycjami. Łudziłam się, że potrafię zdzierżyć Pilcha (nie potrafię) oraz wierzyłam, że warto przebrnąć przez powieść Potorczyna (ależ nie). Na szczęście nie zniechęciłam się i w końcu trafiłam na rzecz godną pochwały.
Patrycja Pustkowiak, Nocne zwierzęta
I to jest debiut, proszę Państwa! Już po wstępie autorki: Zawsze chciałam napisać powieść alkoholową z kobietą w roli głównej. Wymyśliłam więc Tamarę Mortus i skazałam ją na upadek (…) wiedziałam, że ta powieść przypadnie mi do gustu.
Książka Pustkowiak jest jak papieros bez filtra – bez uprzedzenia daje z buta prosto w twarz, kręci w głowie i zostawia gorzki posmak na długie chwile; jak butelka dobrego alkoholu – rozjaśnia rzeczywistość o jeden ton. To historia Tamary Mortus, trzydziestolatki z imponującym doświadczeniem alkoholowym; opowieść o świecie, w którym godność na złamanie karku pędzi w dół, a miasto wyciąga nocą po ludzi swoje mroczne macki. I ciągnie ich w kierunku piwnic, zupełnie jak szczury.
„Idąc tym ciemnym miastem, miastem które nie ma konturów, czuje się samotna jak zwierzę prowadzone na rzeź. Przynajmniej tak jej się wydaje, to musi być taki typ samotności: wiesz, że przechodzisz ostatni odcinek swojego życia, i nikt ci w tym nie towarzyszy, otaczają cię obce twarze, nikt nie dotyka twojej skóry i nie próbuje opanować twojego bezgranicznego strachu. Myślała zawsze, że skoro cały arsenał oswajania śmierci – kwiaty na wodzie, łódki, całuny, zgromadzenia, modlitwy, minuty ciszy – należy do świata ludzi, to zwierzę nie umiera, ale znika – bo umieraniu należą się obrzędy. I że gdyby zajrzeć w oko cyklonu oraz do rzeźni, prawdopodobnie można by zobaczyć ten sam rodzaj przerażenia.”
Choć momentami zabawna, to powieść na wskroś pesymistyczna, pozbawiona nadziei, odzierająca człowieczeństwo z markowych ubrań; ukazująca uderzające zależności od świata zwierząt: łączy nas z nimi najważniejsze – ostatecznie jesteśmy tylko kawałkiem mięsa.
„Niepicie to dobry pomysł, ale czy gdyby nie piła, to potrafiłaby objąć rozumiejącym spojrzeniem samotną kobietę siedzącą w rogu baru, której spłoszony wzrok przywodzi na myśl leśną zwierzynę łowną, albo czy umiałaby spojrzeć w oczy dzika z obrazu wiszącego na ścianie gdzieś w zakurzonej, ciemnej części sali i w kiczowatym płótnie dostrzec jego samotność w obliczu napierających myśliwych?”
Pisarka ma niebywały dar tworzenia zaskakujących metafor i porównań, często tak odległych znaczeniowo, że słowa same dziwią się sobie, w jakim sąsiedztwie przyszło im żyć. I tego można jej tylko zazdrościć – trudno w polskiej literaturze współczesnej o autora, który z taką lekkością posługuje się imponującym zasobem słownictwa, fantazją i ze zręcznością cyrkowca żongluje figurami retorycznymi, co rusz podrzucając czytelnikowi co wyborniejszy kąsek. Na wyróżnienie zasługuje również klamra kompozycyjna, która perfekcyjnie spina początek i koniec utworu w całość.
Jedyne, co mi przeszkadza w tej książce, to zapowiedź Justyny Bargielskiej na okładce, która tako rzecze: Odrażające i zabawne. Serio polecam. W szczególności druga część wypowiedzi jest dla mnie absolutnie nieodpowiednia i na miejscu wydawnictwa przy ewentualnym dodruku zastanowiłabym się nad wykluczeniem tego nieszczęsnego cytatu. Serio.
I choć lektura Nocnych zwierząt bywa demotywująca, nie zachęca do przedłużania gatunku ludzkiego i długo po przewróceniu ostatniej strony nie daje spać, to powieść, która zasługuje na tytuł najlepszej w naszej kraju. I mocno będę trzymać kciuki, by tak się stało.
