WTOREK Z ŻYCIA BLOGERKI

SamLewis_sketchbook3

Poranek taki, że chandra łamane przez beznadzieja, wczorajsze włosy oraz noc wykorzystana niezgodnie z przeznaczeniem – tak oto rodzi się zły dzień. 

W dodatku Irena Santor wkrada mi się na głośniki i zaprasza na kawę, a ja przecież nie piję. Idę pod prysznic – trzeba przyznać, że matka natura ma ze mną przesrane – mianowicie tyle wody zmarnowanej na złe humory, niedomagania oraz rozterki. Taka nieoszczędność & rozpusta. Rozbój w biały dzień. Golę sobie nogi jednorazową maszynką wielokrotnego użytku i tradycyjnie zacinam się na kolanie – z tego się wyrasta, czy też ten krwawy stygmat wpisany jest w dolę kobiety?

Nadal w łazience, kłócę się ze swoją zmęczoną twarzą – gdybyśmy chodziły razem do amerykańskiego college’u, z pewnością nie wybrałaby mnie do swojej drużyny cheerleaderek. I vice versa! Nie wiedząc jak i kiedy, dorabiam się też permanentnych worów pod oczami – udają część mojej osobowości, a korektory z niższej półki w geście bezradności rozkładają już tylko ręce. Robię więc makijaż – świat od razu staje się piękniejszy. A potem wychodzę.

Należę do tej grupy ludzi, która niespecjalnie odczuwa potrzebę zagadywania współpasażerów windy, toteż nieproszona nie otwieram buzi. Ale dziś nie jestem sobą. Dziś odzywam się do eleganckiego pana Włocha i swoim zaawansowanie-żałosnym włoskim, bogatym w słownictwo, którego uczą na drugich zajęciach każdego lektoratu, przez trzy piętra w dół prowadzę konwersację.

Duma rozpiera mi klatkę piersiową. A więc tak.

A później siadam w autobus i ruszam w podróż krajoznawczą, zdobywając po drodze wiedzę, której nie da ci ojciec, ni matka. Podziwiam szumnie nazwane pensjonaty oraz zajazdy, nad którymi musiał siedzieć wybitnej rangi copywriter; patrzę tępo w szybę i piszę w myślach pracę doktorską pt. województwo a ubiór prostytutek. Strasznie mnie to intryguje. W dolnośląskim dziwki mają klasę – w bluzkach, spod których wylewa się kobiecość, udają, że są zabłąkanymi turystkami, co to na chwilę zatrzymały się z mężem i dziećmi na postoju na degustację kawy Jacobs z termosu; w opolskim mamy z kolei zagrzybienie grzybiarek, które przypadkiem przy E40 w odblaskowych legginsach (Manieczki 2003) wybrały się na grzybobranie i z pietyzmem smutnego poety podziwiają runo leśne. Czym jest jednak skromna ściółka przy paniach z łódzkiego? O tu, to się człowiek musi jednak postarać, żeby nie dostać waginą po oczach, tu to już trzeba sokolego wzroku, aby odróżnić leśną gęstwinę od kobiecego uniwersum, wyzierającego spod spódnicy metr czterdzieści. Dla świętego spokoju lepiej przebyć tę trasę we śnie, nawet jeśli sen z powiek strąca wizja nieodgadnionego.

Kończę dzień z szybkością, z jaką z mojej twarzy ewakuuje się kolagen i kładę spać z myślą, że podróże to jednak kształcą.

No a niby nie?

fot.Sam Lewis