W dzisiejszej notce odpowiadam na pytanie, czy na tę gazetę o modzie warto wydawać 50 zł czy jest to jednak kaprys z gatunku poprzewracało-mi-się-w-dupie.
Porter Magazine to dwumiesięcznik grupy NET-A-PORTER, swoją premierę miał 7 lutego 2014. Redaktor naczelną pisma została Lucy Yeomans – dziennikarka mająca na swoim koncie m.in. 12-letni staż pracy w redakcji Harper’s Bazaar UK. Podobnie jak niegdyś magazyn ELLE oraz pismo MALEMAN, biorę pod lupę najnowsze dziecko Natalie Massenet (przy okazji, jeśli macie wolną chwilę, obejrzyjcie to inspirujące video z Vogue Festival z jej udziałem).
Tytułem wstępu: pismo w butiku NET-A-PORTER kosztuje 10 euro (dostępna jest również wersja online), ja swój egzemplarz dorwałam w księgarni Traffic Club za 49,90 zł – więc jak mawia klasyk nie ma tragejszyn z tą cenową przebitką.
Przed otwarciem magazynu byłam przygotowana na typowo shoppingową formę – luksusowo podaną listę ubrań i dodatków, na którą nikogo z nas nie stać (a przynajmniej nie polonistów i filozofów przyp.red.). Jakże mile byłam zaskoczona, kiedy wnętrze przywitało mnie nieco inaczej. Ale zacznijmy od początku: aby dostać się do artykułu wstępnego musimy przebrnąć przez 32 strony reklam. Ok, relax, cziluś – to przede wszystkim ekskluzywne zajawki kolekcji na wiosnę-lato 2014, spokojnie nie zaatakuje Was żaden preparat na suchość pochwy ani specyfik na hemoroidy (ostatnio te reklamy prześladują mnie w radio). We wstępniaku Lucy Yeomans wyjaśnia filozofię pisma, kładąc nacisk na słowo klucz, którym jest inspiracja. Redaktorzy za punkt honoru stawiają sobie dyskusje i przemyślenia dotyczące kobiet i ich pasji, odżegnują się od ślepego dyktowania trendów.
Przed premierą magazynu Porter dużo mówiło się na temat jego roli w stosunku do magazynu Vogue. Fashioniści zastanawiali się, czy pisma będą dla siebie konkurencją. Po zapoznaniu się z pierwszym numerem śmiem twierdzić, że Porter podąża zupełnie inną drogą aniżeli Vogue. Nie jest to typowy modowy poradnik shoppingowy z przeglądem aktualnych trendów, nowinek sklepowych i gwiazdorskich plotek. Ba, powiedziałabym nawet, że jak na magazyn mający swoje korzenie w luksusowym serwisie internetowym, o modzie jest tu stosunkowo niewiele.
W pierwszym numerze znajdziemy m.in. świetny artykuł Carole Radziwill, w którym dziennikarka zastanawia się, czy w czasach social media istnieje jeszcze miejsce na tajemniczość. Poddaje w wątpliwość słynny cytat A. Warhola In the future everyone will be famous for 15 minutes zestawiając go ze słowami Banksy’ego In the future everyone will be anonymous” fo 15 minutes i przedstawia ciekawe przykłady z podwórka fashion, które udowadniają, że sława i sekrety wcale się nie wykluczają.
Jest i całkiem obszerny materiał o trendach SS 2014. Będę tak uprzejma i Wam zdradzę, co według Kay Barron powinno zasłużyć na naszą uwagę tej wiosny. A więc: the 24-hour jacket (czyli kurtka pasująca na każdą okazję, do każdego stylu i dogadująca się z każdym dodatkiem), mules shoes (na moje oko, to wsuwane szpilki z odsłoniętymi piętami), pastelowy róż, bucket bag (po polsku torebka-worek), frędzle pod każdą postacią, zegarki z bransoletą, spódnice z długim rozporkiem oraz chokers (naszyjniki noszone blisko przy szyi – jeśli ktoś potrafi wskazać lepszą definicję, dajcie znać, bo czuję, że ta jest lekko nie na miejscu).
Kolejny rozdział The art of style poświęcony jest z kolei inspirującym, stylowym osobistościom z całego świata, które zdradzają swoje patenty na interpretowanie trendów. Wśród nich znajdują się m.in. Eva Herzigova, Alber Elbaz czy Sofia Sanchez Barrenechea. Jest i wywiad z Lynsey Addario, laureatką Nagrody Pulitzera, która opowiada o tym, co przeżyła w Libii; obszerny materiał, w którym znani zastanawiają się nad tym, kim są współczesne ikony mody; a także krótkie formy – kwestionariusze, z których poznajemy np. ulubioną aplikację Victorii Beckham (Best Baby Monitor app) oraz życiowe credo Isabelli Rosellini.
Sesje zdjęciowe otwiera okładkowy edytorial z Gisele Bündchen autorstwa Inez&Vinoodh. Zdjęcia cud miód i orzeszki, tu nie ma co dużo mówić, to trzeba oglądać! Całość znajdziecie tutaj. Jeszcze bardziej podoba mi się jednak sesja Camilli Akrans, w której motywem przewodnim są zmysłowe koronki, a modelka (Julia Frauche) pozuje na tle romantycznego ogrodu pełnego róż.
Uma Thurman w najpiękniejszej sesji, w jakiej kiedykolwiek ją widziałam w bardzo szczerym i szalenie ciekawym wywiadzie.
Jest również dział poświęcony podróżom, a także kosmetykom i urodzie, a wszystko to utrzymane w spójnej koncepcji raczej inspiracji niż nachalnego komunikatu MUSISZ TO MIEĆ. Na końcu zamieszczono zdjęcia z eventów (mhmm, mam wrażenie, że pismo tego formatu mogło sobie jednak odpuścić tak szmatławą zagrywkę).
And the last but not least: biuro Diane von Furstenberg.
Porter Magazine kupiłam ponad 2 tygodnie temu i do dziś nie przeczytałam go jeszcze w całości. Nie dlatego, że nie ma tu ciekawych artykułów, ale dlatego, że jest ich tak wiele. Ten fakt powinien być dla Was najlepszą rekomendacją.
Kolejny numer już 4 kwietnia!












