Schisophrenic Family

Kilka dni temu znalazłam na swoim dysku przenośnym opowiadanie, które napisałam parę lat temu, na studiach. Ucieszyłam się z tego odkrycia, bo o tekście kompletnie zapomniałam, a swego czasu zostało wyróżnione przez samą Olgę Tokarczuk, co jak się domyślacie dało mi niezłego kopa motywacyjnego do dalszego pisania. I choć na dzień dzisiejszy najlepiej czuję się w gatunkach publicystycznych, przygodę z prozą i poezją do tej pory mile wspominam.
„Historia rodzinna”

Spozierając przez papierowe otchłanie różowej padliny czasopisma dla kobiet, kobiet rzekomo modnych i na czasie, nawiasem mówiąc, takich, za jakie wciąż się podawałyśmy, K. natrafiła na starą, pożółkłą, śmierdzącą stęchlizną fotografię. Spytała co to. Rodzinna fotografia, odpowiedziałam. K. domagała się wyjaśnień, bo przecież nigdy o rodzinie nie wspominałam.
A więc. Od lewej stoi babcia. Kochałam ją właśnie taką, jak tam stoi. W beżowej bluzce z żabotem, z nałogową zależnością spożywania herbaty. Była taka krucha i niewinna z kanałem zmarszczek przecinającym jej czerwone, okrągłe policzki. Nie zbrzydła mi nigdy jej ogórkowa. Obok stoi dziadek. Przedwcześnie zmarły dekadent. Mówił zwięźle o swojej niedoszłej pasji, kasłając natarczywie, stawiał ludziom piece. Na dole stoi mama. Z chirurgiczną precyzją wszczepiała we mnie instynkt ciepła. Równomiernie, pomiędzy dziecięce usta, rozprowadzała elektrony miłości. Tuliła i chuchała. Mama, mamusia, mateńka. Zaraz przed nią tato.  Na magnesach przyczepionych do lodówki zostawiał ślady brudnych od węgla opuszków palców. Że kocha, pisał. Tu, na samym dole – Baron. Pies pański. Amputowanym ogonem wyrażał resztki dozgonnej radości, oblizując się nad pełną miską. Kochałam go,  nawet z tym kikutem. No i w końcu ja. Poznajesz? W przyblakłej sukience, z paznokciami wczepionymi w nadgarstki, patrzę na wskroś obiektywu. Już wtedy miałam przeczucie…
Ale zaraz, zaraz. Szepnęła K., niemal dławiąc  się zaciąganym papierosem. Jakim cudem jesteś na tak starej fotografii?
Widzisz, odrzekłam. Piszę listy do zmarłych. Tych wielkich i tych całkiem moich. Wczoraj, adresując kopertę, natknęłam się na tę fotografię. Do tego czasu byłam całkowicie nieświadoma. Przypomniałam sobie dzień, kiedy była robiona. To potworne zimno u fotografa i ciemne, pochmurne niebo. Mama uparła się, byśmy właśnie wtedy je zrobili. Właśnie wtedy. Nie jutro i nie za tydzień. Mama wiedziała i wszyscy wiedzieli. Oprócz mnie i czworonoga. Jak gdyby nam mniej zależało. Jak gdybyśmy niczego w życiu nie przeżyli, nie mieli za kim tęsknić i czego żałować. Dzień później już nas nie było.
Pamiętam tylko uporczywy chłód, kiedy kazali nam ściągnąć ubrania. Nie chciałam oddać swoich trzewików, przecież były nowe i nawet jeszcze nie zdarte. Oberwałam za to po głowie. Potem był już tylko niezwykły, ludzki smród i przerażający bełkot…
Fotografia leżała zakopana pod stertą niepotrzebnych gazet. Przez ponad pół wieku nie przejechał nikt po niej palcem, celem zepchnięcia zastygłego kurzu. Nie było takiej potrzeby. Przecież wszyscy umarliśmy. A mi na zawsze pozostały  jedenastoletnie wargi.
 fot. Paweł
sweter: sheinside, spódnica: zara, kapelusz: vila, buty: camaieu